blog sportowy

o sporcie, sponsoringu i marketingu sportowym

sport , wpisów: 100

A to się zdziwiłem

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (4)

Powrót z wakacji jest zawsze bardzo ciężki, ale nie tak ciężki jak los kibica piłkarskiego w sierpniu. Tak od wielu, wielu lat przyzwyczaiłem się, że gdy w drugiej połowie sierpnia wracałem do domu, to w pucharach nie było już polskich drużyn przegrywających z Łotyszami, Litwinami, Czarnogórcami, Islandczykami, etc., albo zostawał jedna, o której media obszernie informowały, jako o obrońcy polskiego piłkarskiego "honoru". Z drugiej strony taka postawa polskich drużyn akurat w sierpniu mogła mnie cieszyć, bo nie oglądając wtedy telewizji oszczędzałem sobie sporo stresu, a o kolejnych hiobowych wynikach dowiadywałem się na łódce, albo na plaży, a w takich sytuacjach odporność na piłkarskie nieszęścia jest znacznie większa. 

Żeby się nie denerować wybrałem wczoraj film, a nie mecz. W końcu nawet znani mi kibice Lecha - na szanse w Dniepropietrowsku machali tylko ręką. Pomyślałem - po co oglądać kolejną klęskę. W końcu Lech w lidze gra słabo, cudem ograł zespół z Baku i poległ ze Spartą Praga, która później u siebie przegrała z takim piłkarskim "potentatem" jak MKS Zylina. Perwersja była tak, że nawet wieczorem nie sprawdziłem wyniku.

No to rano się zdziwiłem. O co chodzi? Po przeczytaniu relacji meczowych już wiem, że mogło być znacznie gorzej, ale w końcu wynik jest taki a nie inny. Co więc się stało? Tych odpowiedzi dziś w prasie pewnie możemy zobaczyć sporo - polecam lektury, sam się też za to zabiorę. Obawiam sie jednak, że parę tygodni temu w Baku tez Lech wygrał 1 do 0. A u siebie przegrał w normalnym czasie gry, choć wygrał w karnych. A Dniepr jest drużyną trochę jednak lepszą. Mam nadzieję, że wczorajszy mecz nie oznaczał przysłowia "trafiło się ślepej kurze ziarno". Ale myślę, że wielu z nas uwierzy w to dopiero wtedy, jak w fazie grupowej LE zobaczymy Kolejorza.

 

komentarze (4)

Wielkie wiosenne mordobicie

Jarosław Kończak w sport|

Na początek zagadka. Co to za sport? Rękawice bokserskie, ochraniacz na krocze oraz ochraniacz na zęby, 3 rundy po 3 minuty plus ewentualna dogrywka i ring o wymiarach 6,4 x 6,4 m, na którym nie zobaczymy ani Andrzeja Gołoty, ani Tomasza Adamka, ale możemy zobaczyć zawodników kick-boxingu, karate, boksu, boksu tajskiego, czy też sumo lub futbolu amerykańskiego. Zasady walki zbliżone są do tych, które prezentują na ustawkach kibice, przepraszam pseudokibice znani z ligowych rozgrywek piłki nożnej. Odpowiedź prawidłowa: K1, czyli japoński kick-boxing wzbogacony o techniki z innych stylów walki.

Pisze o tym dlatego, że już w najbliższą sobotę w Warszawie prawdziwa gratka dla miłośników tego coraz bardziej popularnego "mordobicia". W warszawskiej hali Torwar od godziny 18.00 zaczyna się gala K-1 World Grand Prix 2010, która to już trzecia oficjalna impreza organizowana w Polsce pod patronatem japońskiej federacji K-1: w ubiegłym roku w Warszawie odbył się turniej K-1 Max Europe GP, a rok wcześniej w Łodzi zawody z cyklu World Grand Prix.

Największą gwiazdą gali oraz jej wydarzeniem będzie wielki come back Pawła Słowińskiego, "australijskiego" Polaka który trenując na antypodach został mistrzem świata tajskiego boksu i wszedł do elity K-1. Paweł nigdy nie zapomniał o Polsce i zawsze wychodził do walk z orłem na piersi. Znają go kibice Muay Thai na całym świecie i kojarzą nie tylko z Australią, ale głównie z Polską. Paweł będzie główną gwiazdą warszawskiej gali i przyjedzie ze swoim wielkim mistrzem i największą legendą tego sportu Ernesto Hoostem, w którego teamie jest liderem. Po roku przerwy Polak pod okiem 4 krotnego mistrza walczyć będzie ze zwycięzcą turnieju K-1 GP na Łotwie, Konstantinem Gluhovem. To będzie walka wieczoru na "Torwarze". Kibice zobaczą też pojedynek najlepszego polskiego zawodnika K-1 Michała Głogowskiego z szalonym litewskim fighterem znanym na całym świecie Remigijusem Morkeviciusem. Będzie to wielki powrót Litwina do walk, co już zostało odnotowane we wszystkich światowych serwisach MMA i K-1. Michał Głogowski w 2008 roku w tej samej hali dotarł do finału turnieju. Mamy nadzieję, że i tym razem będzie to szczęśliwy dla niego obiekt, a wielka gwiazda MMA Remigijus Morkevicius (16 wygranych i tylko 5 porażek) zostanie pokonany.

Zwycięzca turnieju weźmie udział w ostatecznej rozgrywce kwalifikacyjnej o tytuł Mistrza Świata K-1 2010. A ci, którzy nie dostaną się na galę mogą obejrzeć całość na żywo w Orange sport, która jako jedyna transmituje to wydarzenie, na które zapraszam w sobotę (28 III) od godziny 18.00.  

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Z Orange Sport do NBA

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (1)

Dziś ani słowa o Vancouver, a tylko o NBA i szczęściarzach. A na początek kilka pytań.

Jeśli abonentem Orange sport? Oglądasz rozgrywki NBA? Marzysz o spotkaniu gwiazd NBA na żywo? Teraz Twoje marzenie może się spełnić. Weź udział w konkursie, wymyśl hasło promujące rozgrywki NBA na antenie Orange sport i wygraj bilety na mecze najlepszej ligi koszykówki na świecie!
Jak to zrobić? Wystarczy, że wypełnisz formularz konkursowy znajdujący się na www.orangesport.pl/konkursNBA i wyślesz go do 28 lutego br. Komisja wybierze dwa najciekawsze hasła, a ich autorzy polecą do Nowego Jorku na mecze NBA. Lista Zwycięzców zostanie ogłoszona na stronie www.orangesport.pl 3 marca 2010 r. do godz. 14:00.

komentarze (1)

A piszę o pesymiście sportowym nie wierzącym w dokonania polskich sportowców. Ta tytułowa liczba 795 to liczba medali zdobytych przez Polaków na wszelkich międzynarodowych imprezach w 2009 roku. Wczoraj na Spotkaniu Noworocznym Rodziny Olimpijskiej przedstawił ją minister sportu Adam Giersz. Chyba się wszyscy domyślają, że na tym spotkaniu było wesoło, tzn. festiwal uścisków, dobrych słów, gratulacji i dyplomów. W końcu jest 795 powodów do radości, czyli średnio 2,17 radości dziennie. Jak podtrzymamy tę passę w 2010 roku to już do tej chwili powinniśmy cieszyć się już z ponad 15 medali. Cieszy się minister, cieszy się dyżurny krytyk Jan Tomaszewski, który rozmarzony mówi o 2010 roku „odnowę zacząłbym od ministra Giersza.” Tym razem prawdziwy polski kibic chyba nie powinien zgodzić się z panem Janem, bo skoro minister sportu jest gospodarzem wszystkich związków sportowych, a dzięki związkom sportowym zdobyliśmy 795 medali to jest naprawdę dobrze, a nawet pięknie. A jak jest pięknie, to wszystkim kibicom zadedykuję starą dobrą piosenkę Lecha Janerki, który śpiewa m.in.
„I pięknie jest. Nieskromnie bardzo jest. Kiedy mija, tak jak wszystko. Ta euforia kilkudniowa”. 


komentarze (3)

Trzy dni temu komentarz na blogu zamieścił pewien Krzysiek, który sfrustrowany tym, że mówimy tu głównie o piłce nożnej napisał, że nie zna drugiego tak zepsutego, brudnego sportu, którym rządzi pieniądz. 
Chciałbym się z nim nie zgodzić, ale jak mam napisać o Johnie Terry, kapitanie i legendzie Chelsea, który zarabia 160 000 funtów tygodniowo, a został złapany przez angielskich dziennikarzy, że dorabia na boku. Konkretnie za pieniądze: 5 000 – 10 000 funtów oprowadza po stadionie czy ośrodku Chelsea. Ciekawe po ile są autografy? Co można powiedzieć niemal o całej drużynie Tottenhamu (być może nowych kolegów Boruca), która baluje całą noc w Dublinie. Jak opisać zachowanie bramkarza Jensa Lehmanna, który w czasie meczu, na oczach kamer, sika za bramką. 
Skandali i skandalików w piłce nożnej jest mnóstwo począwszy od ręki Thierrego Henry po sprzedaż za 250 PLN meczu w 3 polskiej lidze. Skandalami żyje zresztą nie tylko piłkarski świat. Nawet sport dla gentlemanów – golf nie patrzy dziś na zielone pola, ale liczy kochanki Tigera Woddsa, których jest ponoć więcej niż dołków na jakimkolwiek polu golfowym. Skandalem staje się nawet to, że bohater Walii, rugbista Gareth Thomas mówi głośno – jestem homoseksualistą. A przecież to taki męski sport. Skoro taki męski, to jednak trzeba być mężczyzną, by głośno w tym gronie powiedzieć o sobie tak niepopularną prawdę. 
Ale sport to nie tylko skandale, brud i pieniądze. To również te emocje, za które kochają go setki milionów ludzi na całym świecie. A tak się składa, że większość z kibiców najbardziej kocha piłkę i na pewno nie za brud i zepsucie. Coś w tym Krzysiek musi być!
Aby jednak zmyć ten brud w morzu skandali, korupcji, nieuczciwości, jeszcze przed świętami stanę sobie na wyspie i zaśpiewam sobie „Always look on the bright side of life”. Ale tylko dziś. Od jutra śpiewam kolędy. 
A Wam wszystkim, życzę takich Świąt Bożego Narodzenia, jakich Wy sobie życzycie i o jakich marzycie. Gdy minie czas kolęd, może wspólnie na tym morzu znajdziemy wyspę, na której razem zaśpiewamy „Always look …”


komentarze (4)

Zaczyna się sezon skoków narciarskich w fińskim Kuusamo. A jak nasi skaczą to wszyscy od lat jednoczymy się w krzyku Adaaaaaaaaaaam Leeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeć i czasem Adam rzeczywiście lata daleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeko. A wtedy poziom satysfakcji narodowej, barometr konsumenta i ego każdego kibice rośnie jak szalone. Piszę o tym dlatego, że prawdopodobnie będzie to ostatni sezon, kiedy ucieszy bądź rozczaruje nas król skoczni z Wisły. 
Adam Małysz zdobył już niemal wszystko: ma medal olimpijski, cztery złote medale mistrzostw świata. Jest czterokrotnym zdobywcą Pucharu Świata, triumfatorem Turnieju Czterech Skoczni, itd., itp. Prawdziwy król, który ma tytułów niemal więcej niż poddanych. Patrząc na Wikipedię jest znacznie ważniejszy niż choćby Lech Wałęsa, bo o Adamie na tej szacownej stronie jest napisane znacznie więcej niż o legendarnym przywódcy Solidarności. 
Jednego nie ma jednak i tego jednego pragnie. Brakuje mu ZŁOTEGO MEDALU IGRZYSK OLIMPIJSKICH. A te ma Simon Ammann czy Wojciech Fortuna, który skoczył raz a dobrze. Dlatego Adam poświęca się od miesięcy jednemu celowi, choć nigdy w wywiadach o tym nie mówi, zdobyciu upragnionego złota w Vancouver. Po to by spełnić swoje ambicje, po to zapisać się w historii, po to by ukoronować swoją wspaniałą karierę. A myślę, że tego mogę mu życzyć w imieniu 11 milionów polskich widzów, którzy śledzili rekordowe zawody z udziałem Adama Małysza. Leć Adam leeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeć


wyraź swoją opinię jako pierwszy

A jak pisałem o Liverpoolu to warto kilka zdań więcej powiedzieć o jego hymnie (do czego zainspirował mnie Maciek, pzdr.). YNWA powstała w 1963 roku kiedy to Garry Marsden i jego zespół "Gerry & the Pacemakers" nagrali piosenkę, która stała się hitem. Muzyka była puszczana na Anfield i jak legenda głosi pewnej soboty, piosenka nie została zagrana, ale to kibice zaczęli ją śpiewać. Od tego momentu YNWA jest śpiewana na Anfield podczas każdego meczu, kiedy piłkarze wchodzą na murawę. 
YNWA dziś jednak nie należy tylko do Liverpoolu. Podchwycili ją kibice Celticu Glasgow. A później już poszło serią. Śpiewają ją więc m.in: Holandia (Ajax Amsterdam, NEC Nijmegen, SV Heerenveen, Feyenoord i FC Twente Enschede.), Belgia (KFC Germinal Beerschot Antwerpen), Niemcy: (Schalke 04 Gelsenkirchen, St. Pauli Hamburg i Hallesher FC Halle.), Włochy (AC Milan i AS Roma – choć trochę inaczej niż oryginał), Austria (Rapid Wiedeń), Szwajcaria (FCL Lucern), Chorwacja (Dinamo Zagrzeb), a nawet Japonia (FC Tokyo). Tą wyliczankę można prowadzić dalej bo YNWA śpiewana jest przez mniej znane kluby piłkarskie, ale też kluby hokejowe, siatkarskie, a może też inne. Tak więc po latach przestała być piosenką, ale stała się legenda, a dlaczego, trzeba zobaczyć na jednym ze stadionów, gdzie śpiewa ją kilkadziesiąt tysięcy gardeł.
I tak zastanawiam się gdy słyszę “When you walk through a storm, hold your head up high,…” jak to się ma do naszego „Entliczek pętliczek co zrobi Piechniczek …”


komentarze (7)

Najpierw zobaczyłem piękną i bardzo spóźnioną reakcję Henry’ego, który mówi, że przecież PO MECZU wszystkim tzn. (sędziemu, dziennikarzom, kibicom) mówił, że zagrał ręką. A mógł to zrobić kilkanaście minut wcześniej i byłby bohaterem Fair Play wszystkich kibiców, a nie tylko części francuskich (bo i tam wielu czuje niesmak po tym awansie). A tak czarny PR Irlandczyków, a z pewnością też innych anglojęzycznych krajów spowoduje, że świetny napastnik francuski przejdzie do historii trochę inaczej niż przeszedłby jeszcze tydzień temu. 
Chwilę później przeczytałem o działaniach niemieckiej policji, która poinformowała, że trzy mecze Ligi Mistrzów są objęte śledztwem w sprawie korupcji w europejskim futbolu. Piętnaście osób zostało dotychczas aresztowanych po nalotach w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Austrii i Szwajcarii. A nokaut to podejrzenia Antona Belakowa, posła w rosyjskiej Dumie, który żąda wszczęcia śledztwa przeciw reprezentantom Rosji, którzy, jego zdaniem, specjalnie przegrali w decydującym meczu, żeby zarobić na piłkarskim totalizatorze. 
I choć nie ma tu jeszcze śladu usprawiedliwienia dla tych podejrzeń, mnie znokautowała własna refleksja. Pomyślałem sobie, ze wcale bym się nie zdziwił, gdyby Belakow miał rację. To pasowałoby do wielu innych elementów układanki kochanej przez nas piłki nożnej. 
I z tą nienajlepszą refleksją idę jednak na piłkarskie derby Warszawy, bo do futbolu „miłość wszystko wybaczy”.


komentarze (4)

RPA, Nigeria, Kamerun, Nowa Zelandia, Ghana, Wybrzeże Kości Słoniowej, Brazylia, Paragwaj, Chile, Argentyna, Japonia, Australia, Korea Południowa i Północna, USA, Meksyk, Honduras, Dania, Szwajcaria, Słowacja, Niemcy, Hiszpania, Anglia, Serbia, Włochy, Holandia, Algieria, Grecja, Słowenia, Portugalia, Urugwaj, Francja.
Poznaliśmy pełne grono finalistów, których z dalekiej perspektywy oglądać będziemy już za pół roku na boiskach Republiki Południowej Afryki. Nie będę się rozwodził dlaczego nas tam nie będzie, niemniej warto zauważyć, że skazywane półtora roku temu na porażkę Słowenia i Słowacja w RPA zagrają. Nasza grupa nie była taka słaba, o czym boleśnie przekonali się biało-czerwoni.
Znacznie boleśniej eliminacje do MŚ 2010 wspominać będą Irlandczycy, którzy w rewanżu z Francją wznieśli się na wyżyny umiejętności i do 103 minuty prowadzili. Wówczas piłkę ręką zagrał Thierry Henry i bramkę decydującą o awansie strzelił dla Francji William Gallas. 
Mamy więc kolejną „rękę Boga”. Przypomnijmy tę pierwszą strzelił ręką Diego Maradona, po którego golu Argentyna wyeliminowała na mundialu w Meksyku Anglię. Henry przynajmniej nie tłumaczył się tak głupio jak Maradona i przyznał, że ręka była (i to jego, a nie Boga), ale sędzia jej nie widział. Widziały za to miliony kibiców i miliony małych chłopców, którzy też chcą grać jak Henry i teraz już wiedzą, że oszustwo się opłaca, byle tylko sędzia nie widział. 


komentarze (14)

Przed tym meczem wszyscy wierzyli, że nie będziemy mieli problemów z Kanadą, która kilka dni temu łatwo przegrała z Macedonią 0 do 3. Nam udało się strzelić tylko jedną bramkę choć okazji nie brakowało, a najwięcej z nich stworzył Lars Hirschfeld, bramkarz reprezentacji gości. Nikt chyba nie przypuszczał, że piłkarze klonowego liścia są tak słabi, stąd chyba nie jest przesadą, że za oceanem w piłkę grają tylko ci, którzy nie potrafią grać w kosza czy jeździć na łyżwach. O zainteresowaniu footballem w Kanadzie świadczy choćby to, że liczba dziennikarzy z tego kraju, którzy akredytowali się na wczorajszym meczu wyniosła 0 (słownie ZERO). I choć przeciwnik był wyjątkowo słaby, nasi również nie błysnęli z wyjątkiem bramki Maćka Rybusa, wszyscy jednak zgodnie odetchnęli. 
Odetchnęli piłkarze, bo wreszcie się udało i po 388 minutach bez bramki strzelamy gola i wygrywamy. Uspokoili się kibice, którzy dość licznie (ok. 8 tys.) stawili się na stadionie w Bydgoszczy. Odetchnął PZPN, że kibice jednak przyszli i że na koniec najgorszego piłkarsko roku od lat wielu, udało się wygrać. Odetchnął w końcu Franciszek Smuda, że spokojnie będzie mógł budować drużynę przez kolejne miesiące.
Zmartwi się jedynie Burkina Faso, która bezpośrednio wyprzedzała nas w rankingu FIFA i teraz prawdopodobnie znajdzie się za nami :)


komentarze (5)

Polska - Rumunia 0:1

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (2)

Nie chcę pisać o ostatnim wyniku na Łazienkowskiej, ani o 370 minutach bez strzelenia bramki, co przybliża naszą reprezentację do rekordu wszechczasów. Ani słowa też o tym, że jeden rekord w sobotę już padł – blisko 40 milionowy kraj rozegrał swój oficjalny mecz międzypaństwowy na zapiaszczonym boisku na placu budowy co już jest swoistym rekordem: tylko czego? - Guinessa, a może nie rekordem tylko szczytem … ? Nie mówmy też o cudach Franciszka Smudy bo rezerwacja na cuda w naszej kulturze już jest zarezerwowana od tysięcy lat i popularny Franz raczej licencji na cuda nie dostał ….A co dostał, to wszyscy widzieli na boisku w sobotę (ci którzy nie widzieli nie mają czego żałować). Kiedy już wyrzuciłem z siebie troszeczkę trapiących mnie myśli (zaznaczam, że tylko troszeczkę) poszukam optymistycznych wieści przed dzisiejszym meczem i spróbuję powiedzieć, dlaczego z naszą reprezentacją nie jest tak źle jak być mogło. Ale o tym za chwilę.

Pol - Rum

komentarze (2)

W Orange Sport Info serwisy informacyjne są co pół godziny. A każdy z nich przynajmniej dla prezentera wygląda niemal tak samo, czyli …. prezenter (lub prezenterka) siada w studiu, wita się i co mniej więcej minutę wygłasza kilka zdań, nazywanych  „białą” (może dlatego „białą”, że są to białe litery na czarnym tle promptera, z którego się czyta) i znów ogląda materiał filmowy, najczęściej  wielokrotnie ten sam podczas jednego dyżuru. A jak ktoś ogląda coś wiele razy to zaczyna dostrzegać różne elementy, których za pierwszym razem nie dojrzał.

I rzeczywistość nagle postrzegana jest inaczej.

Zanim jednak tą ponownie odkrytą ale już nową rzeczywistość ubierzemy w odpowiednie słowa materiał filmowy się kończy i czytamy następną „białą” i następną, a to co w nagłym olśnieniu chcieliśmy jeszcze chwilę temu przekazać widzom zanika w „mrokach niepamięci”, jak śpiewał pewien gentleman o bynajmniej niesportowej sylwetce. Może ktoś wie o kogo chodzi?

Aby wydobyć jednak z tych mroków głębsze refleksje, dla których nie ma miejsca w błyskawicznym przekazie telewizyjnym to co niedopowiedziane, zapomniane i przeoczone, przynajmniej  w pewnym zakresie pojawi się na tym blogu, na którego pierwsze wpisy już dziś serdecznie zapraszam.

(po godzinach prezenter Orange Sport i Orange Sport Info)

komentarze (1)
sport , wpisów: 100

zespół

Jarosław Kończak

Z wykształcenia jestem dziennikarzem, politologiem (tu nawet udało mi się obronić doktorat i książkę...







Bartosz Nowakowski

Przygodę ze sportem, jak większość chłopaków, rozpocząłem kopiąc piłkę w czasie długich, letnich dni...

Marek Wajda

Jestem dziennikarzem – kiedyś mediów zewnętrznych, teraz wewnętrznych. Zajmuję się komunikacją i PR....

Jarek & Marek

Połączyła nas piłka i wspólna praca przy reprezentacji Polski. Później okazało się, że łączy nas...

więcej

Historia alternatywna

02.09.2010

Wczoraj minęła rocznica...

Zagrał Orange Warsaw Festival

01.09.2010

Zakończenie lata osłodził...

Dotknąć sztuki

30.08.2010

O tym, jak można pokazać...

iPhone 4, czyli showtime w Polsce

27.08.2010

Jeśli wszystko poszło...

Alfa Romeo za hasło

25.08.2010

Promocja Orange Freedom

22.08.2010

Od poniedziałku ruszamy z...

Tips & Tricks - iPhone

02.09.2010

W piątek 29 sierpnia do...

Jak poprawić odbiór sygnału sieci mobilnej?

27.08.2010

Użytkownicy mobilnych...

Naviguj z Orange!

24.08.2010

Dzięki Orange...

newsletter

captcha

kalendarium