blog sportowy

o sporcie, sponsoringu i marketingu sportowym

  • sport (wpisów: 100)
  • inne kategorie
sport , wpisów: 100

Silnikowa opera

Bartosz Nowakowski w sport|skomentuj (2)

W piątek nie mogę zasnąć...

Czuję nadchodzące emocje, nozdrza powolutku zaczynają przypominać sobie zapach adrenaliny... Śpię niespokojnie... Słońce budzi mnie wczesnym rankiem... Uśmiecha się do mnie z lekkim przymrużeniem oka... oboje wiemy, że zapowiada się fantastyczny dzień... Jadę na miejsce... Wydaje mi się, że czerwony autobus, spocony i zdyszany zaraz zatrzyma się i powie, że ma dosyć pracy w tak ciężkich warunkach... Również i mnie pot spływa z czoła... Jest upalnie, również od emocji, które są już na wyciągnięcie dłoni... Dojeżdżam... Przez szybę autobusu widzę tłum ludzi przed wejściem z napisem Pit Party.... wyskakuję z jeszcze bardziej spoconego czerwonego autobusu i biegnę co sił w  nogach przez park...

Mój cel - paddock...

Przebijam się przez tłum... Mnóstwo ludzi, mężczyźni, dzieci, kobiety i to, na co tak długo czekałam... Błyszczą w słońcu ukazując to, co na zewnątrz... Niektóre odważyły się odkryć przed publiką skrywane tajemnice swojego wnętrza - piękne silniki... Cudowne V10  i wiele innych... Lamborghini Superlaggera, Ferrari F430 Scuderia, Porsche Carrera GT, Corvette C6 Z06, Dodge Viper GTS Coupe... nie wiem, w którą stronę skierować wzrok...

Mijam uśmiechniętego Krzysztofa Hołowczyca, Marka Dąbrowskiego i uroczego oraz pełnego energii - pomimo nocnego powrotu z Rally Dos Sertoes - Kubę Przygońskiego... Mijam Porsche Team - Robert Lucas i Kuba Giermaziak, odpowiadają na pytania podekscytowanej publiczności... potem bolidy F3 i F1... są tak blisko mnie, dotykam nieśmiało opony... dalej WTCC i Augusto Farfus... 

To dopiero początek...

Schodzę z paddocku... Kręci mi się w głowie... Od upału, widoku pięknych aut, hałasu silników... Szczęśliwa zmierzam w kierunku trybun... Sześć godzin wyścigów... Nie potrafię opisać emocji, które towarzyszą mi podczas tych kilku godzin... Moje serdeucho podskakuje radośnie w rytm ryczących silników pięknych aut w każdej sekundzie tego pięknego dnia równie mocno i szalenie... Przejazd samochodów GT otwiera imprezę... Zapiera mi dech w piersiach... Za chwilę za nimi na tor wjeżdżają porsche... Porsche Street Racing i wspaniały pokaz Roberta Lucasa i Kuby Giermaziaka... Robert nie odpuszcza, w jednej sekundzie jest na drugiej pozycji, w kolejnej już przejmuje prowadzenie... Krzyczę z całych sił, podskakuję z radości... Robert wygrywa !

Chwila przerwy na motocyklowe wariacje... dużo palenia gumy, jazda na jednym kole i inne akrobacje... dużo śmiechu, publiczność bije brawa, głośno krzyczymy z zachwytu nad kolejnymi popisami chłopaków... Pojedynek Augusto Farfusa w BMW 320si z Andrzejem Piaseckim na motocyklu BMW... Trudny technicznie tor i mnóstwo pasów namalowanych na asfalcie eliminują szanse Piaseckiego  na zwycięstwo... Farfus triumfuje... Chwila ciszy.... Wjeżdżają trzy bolidy F3 z zespołu Motopark Accademy... Dźwięk silnika pieści moje zmysły... W jednym z bolidów Kuba Giermaziak... Radzi sobie świetnie...

Kolejne emocje...

Krzysztof Hołowczyc po raz pierwszy zasiada za kierownicą swojego nowego BMW X3 CC... Po dwóch okrążeniach zjeżdża do paddocku z powodu awarii auta... Krzyczę razem z pozostałymi szalejącymi kibicami: "Gdzie jest Krzyś"! Jest i trochę driftu... czyli to, co lubię najbardziej, moi znajomi sadzają mnie na krzesełku na trybunie i każą się uspokoić... jest pierwszy ślizg i zakręt pokonany... zapach spalonej gumy, po raz kolejny kręci mi się w głowie... Spokojnie... Kolejne okrążenie i Kuba Przygoński gubi w swoim Nissanie zderzak... Za chwilę przód ukazuje zupełnie niczym nieosłoniętą chłodnicę... Kuba zjeżdża na paddock...

To było szaleństwo... Arrows, Jordan i Renault .... Trzy bolidy F1 odpaliły silniki i ruszyły na tor... Poruszenie na trybunach... Robię zdjęcia, nagrywam krótki film, by po powrocie do domu móc wsłuchać się w ten fantastyczny ryk silników... Niestety tor jest zbyt ciasny, kręty... Bolidy nie mogą rozwinąć prędkości, którą rozwiją na torach podczas GP F1... Betonowe barierki straszą kierowców... Jeszcze kilka przejazdów samochodów GT... Organizatorzy odwołują ostatni punkt imprezy... Wizyta w Pit Lane, dla szczęśliwców z biletami na Pit Party... Jestem rozczarowana, czekałam na ten moment z niecierpliwością... To okazja by raz jeszcze być tak blisko tych maszyn... Tych wspaniałych kierowców...

Opuszczam trybunę i miejsce imprezy...

Wolnym krokiem zmierzam do domu... Nie widzę nikogo wokół... Jestem w swoim świecie... Moc silników, piękne kształty aut, odwaga kierowców, ten specyficzny zapach... i ja... Czekam na kolejną motorową imprezę... Już tęsknie za tym, co widziałam... Pocieszam się myślą, że już za dwa tygodnie pokaz driftingu... Noc jest niespokojna... Wciąż widzę pędzące samochody... Uśmiech Krzyśka Hołowczyca, szczęśliwy Lucas, nieco onieśmielony Farfus... Porsche, BMW, Nissan, Ferrari...

Zasypiam utulona marzeniami...

Autorką powyższej relacji jest Edyta Karnicka - Brand Manager PTK Centertel, na codzień wielka pasjonatka sportów motorowych.

komentarze (2)

Za mały i za słaby: tak oceniły amerykańskie portale boksierskie Tomasza Adamka i to po zwycięskiej walce z Michaelem Grantem. A chodziło o jego ewentualne występy przeciwko braciom Kliczko. W podobnym duchu wypowiadała się część fachowców w Polsce. Ale jeszcze nie dawno wielu przepowiadało, że Adamek w ogóle nie ma czego szukać w wadze ciężkiej bo jego 187 cm i 90 z haczkiem kilogramów to zdecydowanie za mało by zaistnieć w tej kategorii wagowej. Tym czasem Adamek ze spokojem bije 20 kilogramów cięższego i chyba 13 cm wyższego Granta, który wcale nie okazał się żadnym chłopcem do bicia. Mimo wszystko Adamek obok gratulacji zbiera chyba więcej krytyki.

Pamiętajmy, że Grant był nie tylko kolejnym kroczkiem w kierunku walki o mistrzostwo, ale w pewnym sensie sparingpartnerem, który miał pokazać Polakowi jak walczy się z dużo wyższymi i cięższymi rywalami z zaplecza tych najlepszych (na walce choćby z Golotą chyba niczego sie nie nauczył). To nawet dobrze, że zasmakował kilku mocnych uderzeń w tym bomby z bodajże IV rundy. Przetrwał drobny kryzys i realizował plan dalej.

Adamek ma bowiem nie tylko mocno nogi, nie tylko jest bardzo szybki, ale ma też poukładane w głowie i realizuje swój plan. Pewnie dla wielu jest najważniejsze jego serce do walki. Ale do tego trzeba jeszcze przygotowania siłowego, nad którym chyba najbardziej musi teraz popracować.

Nie twierdzę, że dziś ani za pół roku bracia Kliczko go nie rozniosą, nie mówię, że mistrzem świata będzie. Wiem jednak, że będzie prowadził mądrze swoją drogę do walki o tytuł i w decydującym momencie nie padnie w 14 sekundzie, ani nie ucieknie z ringu. I dlatego mu dopinguję, tak jak żadnemu innemu bokserowi w ostatnich dekadach.

 

komentarze (2)

A to się zdziwiłem

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (4)

Powrót z wakacji jest zawsze bardzo ciężki, ale nie tak ciężki jak los kibica piłkarskiego w sierpniu. Tak od wielu, wielu lat przyzwyczaiłem się, że gdy w drugiej połowie sierpnia wracałem do domu, to w pucharach nie było już polskich drużyn przegrywających z Łotyszami, Litwinami, Czarnogórcami, Islandczykami, etc., albo zostawał jedna, o której media obszernie informowały, jako o obrońcy polskiego piłkarskiego "honoru". Z drugiej strony taka postawa polskich drużyn akurat w sierpniu mogła mnie cieszyć, bo nie oglądając wtedy telewizji oszczędzałem sobie sporo stresu, a o kolejnych hiobowych wynikach dowiadywałem się na łódce, albo na plaży, a w takich sytuacjach odporność na piłkarskie nieszęścia jest znacznie większa. 

Żeby się nie denerować wybrałem wczoraj film, a nie mecz. W końcu nawet znani mi kibice Lecha - na szanse w Dniepropietrowsku machali tylko ręką. Pomyślałem - po co oglądać kolejną klęskę. W końcu Lech w lidze gra słabo, cudem ograł zespół z Baku i poległ ze Spartą Praga, która później u siebie przegrała z takim piłkarskim "potentatem" jak MKS Zylina. Perwersja była tak, że nawet wieczorem nie sprawdziłem wyniku.

No to rano się zdziwiłem. O co chodzi? Po przeczytaniu relacji meczowych już wiem, że mogło być znacznie gorzej, ale w końcu wynik jest taki a nie inny. Co więc się stało? Tych odpowiedzi dziś w prasie pewnie możemy zobaczyć sporo - polecam lektury, sam się też za to zabiorę. Obawiam sie jednak, że parę tygodni temu w Baku tez Lech wygrał 1 do 0. A u siebie przegrał w normalnym czasie gry, choć wygrał w karnych. A Dniepr jest drużyną trochę jednak lepszą. Mam nadzieję, że wczorajszy mecz nie oznaczał przysłowia "trafiło się ślepej kurze ziarno". Ale myślę, że wielu z nas uwierzy w to dopiero wtedy, jak w fazie grupowej LE zobaczymy Kolejorza.

 

komentarze (4)

Polska kopana

Bartosz Nowakowski w sport|skomentuj (3)

Kopali tak pięknie, że mecz trwał dla mnie za krótko. Usiadłem przed telewizorem i oddałem się temu pasjonującemu spotkaniu. Polscy kopacze grali cudownie, z polotem, z gracją i mógłbym tak wymieniać w nieskończoność. Z każdą upływającą minutą widziałem myśl taktyczną, odpowiednie ustawienie i zrozumienie poszczególnych kopaczy. Trener był zachwycony realizacją wytyczonych zadań. Minęła pierwsza połowa, a ja zastanawiałem się jak to możliwe, że tak szybko. Pomyślałem, że to wszystko przez te emocje, zachwyt grą polskich kopaczy. "Dobrze, że przede mną druga połowa" - tłumaczyłem sobie. A w drugiej odsłonie ponownie to zgranie, pomysłowość, lekkość i polot polskich kopaczy. Optymistyczna gestykulacja i uśmiech na twarzy trenera. Wszystko wychodziło jak należy. Też byłem zachwycony. Z ostatnimi minutami trafione zmiany, choć to tylko mecz towarzyski. Ostatni gwizdek i... koniec. Kolejny mecz kopanej, który zapamiętam na długo.

I choć do mistrzostw Europy zbliżamy się coraz większymi krokami, to uważam, że wszystko podąża w naturalnym kierunku. To znaczy w żadnym. I oby tak dalej, trzymam kciuki i czekam na następny tak ekscytujący mecz towarzyski. Na pewno będę oglądał i podobnie się zachwycał.

PS. Autor z góry zaznacza, że nie jest wielkim znawcą dyscypliny o nazwie piłka nożna (w tekście wolałem jednak użyć słowa - "kopana").

komentarze (3)

Tour de Pologne już zakończony. Może jeszcze trochę o jego otoczce. Dobrze, to zaczynamy.

Może trochę o zwycięzcy...

Irlandczyk, choć urodzony w Birmingham. Przywiązanie do Irlandii podkreślił w 2008 roku, kiedy został mistrzem kraju w wyścigu ze startu wspólnego. Wtedy na ulicach Midleton założył trykot ozdobiony trzylistnymi koniczynami. Daniel Martin w profesjonalnym peletonie pojawił się w 2005 roku. Pierwsze etapowe zwycięstwo nastąpiło na wyścigu dookoła doliny Aosty. W sobotę odniósł największy jak do tej pory swój sukces w kolarskiej karierze. I to dopiero początek. Miejmy nadzieję, że dzięki polskim szosom, peleton odkrył nową gwiazdę...

Może trochę o Polakach...

Przewidywania, niestety ale sprawdziły się. Optymistyczną sprawą była aktywność Polaków. Nie brakowało ich w ucieczkach. Atakowali, mieli chęci, ambicje i co najważniejsze, nabyli nowe doświadczenie. Szkoda Sylwestra Szmyda. Chciałoby się powiedzieć: "o ironio losu". Pan Sylwester zawsze pomaga osiągnąć sukces swoim kolegom w ekipie. Na ostatnich etapach zabrakło pomocy dla Polaka... Niezmiernie trudno jest dziś wygrać etap, co dopiero wyścig z serii ProTour.

Może trochę o ostatnim kolarzu...

Ostnim kolarzem sklasyfikowanym w generalce był... Fabio Sabatini. Włoch jest sprinterem, ale to, że zajął ostatnie miejsce, nic jeszcze nie oznacza. W swojej karierze zajmował drugie miejsca na etapach takich wyścigów jak: Wyścig dookoła Katalonii, Giro d'Italia czy Vuelta Espana. Może o nim też jeszcze usłyszymy...

Może trochę o najlepszym etapie...

Bez wątpienia, etap, który prowadził do Bukowiny Tatrzańskiej. Atak na ostatnich kilometrach Marka Rutkiewicza. Były emocje, pojawiła się szansa, jednak nie udało się... Pan Marek na pewno nie może mieć sobie nic do zarzucenia. Podjął odważną decyzję, a cały kolarski świat patrzył na te wyczyny.

Może trochę o najgorszym etapie...

Nie wytypuję takiego, bo każdy był inny, szybki, ciekawy. Nie było nudy, zawsze zawiązywane były akcję.

Może trochę o "ponurych kwestiach"...

Wcześniej już rozpisywałem się na temat terminu odbywania w jakim odbywa się Tour de Pologne. Ta sprawa jest już znana. Sprawą do dyskusji jest też planowanie etapów. Dokładniej, chodzi o rundy. Rozumiem, że jest to ukłon w stronę kibiców, którzy mogą zobaczyć walkę kolarzy kilkakrotnie. Ale dużej części wielkich, światowych wyścigów organizatorzy odchodzą od tej metody. Kolarze raczej nie przepadają za takim rozwiązaniem. Powstają liczne problemy, choćby z dublowaniem, które niejednokrotnie miały miejsce w tym roku. A także nietypowe sytuacje, o której szerzej w następnym akapicie.

Na koniec, może troszkę o śmiesznych kwestiach...

Jeśli kiedyś Marco Marcato odwiedzi Cieszyn, to na pewno na jego twarzy pojawi się wielki uśmiech. Włoch chyba naprawdę chciał bardzo wygrać w tym mieście. Z tego zaangażowania w zwycięstwo, biedak źle wyliczył pętle i... na przedostatniej już podniósł ręce z radości. Jakie było zdziwienie, kiedy powiedziano mu, że jeszcze jedno kółko przed nim. Zresztą na koniec zobaczcie sami.

http://www.youtube.com/watch?v=M64cWJ6-UN4

komentarze (2)

Podczas długich, trzeba przyznać, momentami monotonnych relacji z kolarskich wyścigów (chodzi o płaskie etapy), do głowy przychodzą pytania, zadawane z czystych obserwacji. Wiadomo, w szklanym ekranie nie jesteśmy w stanie dostrzec małych szczególików, które mogą wydawać się dość interesujące. Inna sprawa, to obserwacja, choćby z samochodu technicznego. Oto i one:

Pierwsze dręczące pytanie, to w jaki sposób kolarze załatwiają potrzeby fizjologiczne podczas trwających pięć a czasem i sześć godzin etapu?

Na trasie etapu są wyznaczone neutralne strefy, w których umownie kolarze nie ścigają się. Wtedy jest czas na załatwienie potrzeb. Zawodnicy zjeżdżają na bok szosy i... Problem (wiem, wydaje się śmieszne) może stanowić strój, który jest jednoczęściowy i nie ma rozporków. Ale i z tym kolarze umiejętnie sobie radzą.

Kiedy i co jedzą i piją kolarze?

Do pożywiania się również wyznaczone są specjalne obszary, zwane strefami bufetu. Te często są zaznaczone na mapach profilu danego etapu. W tych miejscach ustawieni są pomocnicy techniczni, masażyści, którzy w specjalnych torbach trzymają prowiant. Zawodnik przebywający w strefie zwalnia i zabiera swoją torebkę (pożywia się w trakcie jazdy). Każdy z kolarzy ma oczywiście swoje osobiste menu, które ustala przed etapem. Są to często kanapki z dżemem, batony w formie żelu (uzupełnianie cukrów). Jeśli chodzi o napoje, to są to płyny izotoniczne i energetyczne. Podczas ostatnich kilometrów (zwłaszcza płaskich etapów) sprinterzy piją colę.

A jeśli kolarz zgłodnieje bądź będzie spragniony poza strefą bufetu?

W każdej ekipie wyznaczony jest kolarz, który pomaga innym, dojeżdżając do wozu dyrektora sportowego, z którego zabiera bidony z napojami (uzupełnianie płynów zwłaszcza w czasie upałów jest niezbędne) oraz żelowe batony, poczym rozwozi kolegom w peletonie. Bidony pakuje w tylne kieszonki, bądź zabiera w bawełnianych torbach. W kolumnie peletonu poruszają się neutralne wozy lub motory, które także rozwożą bidony z napojami.

Czy podczas tak długich odcinków kolarze słuchają muzyki?

Jeśli etap jest płaski i sytuacja na trasie jest klarowna, zdarza się, że kolarze słuchają muzyki. Niektórzy jednak wolą skupić się na wydarzeniami, związanymi z wyścigiem i wolą słuchać dyrektora sportowego połączonego drogą radiową. Dyrektor mający w samochodzie pełne informacje, przekazuje je kolarzom. Np. Jakie są starty peletonu do ucieczki, jaka panuje pogoda na trasie, czego mogą się spodziewać itp.

Czy kolarze rozmawiają ze sobą w peletonie? Jeśli tak, to o czym i w jakim języku?

Są zawodnicy, którzy lubią pogaworzyć w peletonie z kolegami, czasem z innych ekip (jeśli pozwala na to sytuacja). Oczywiście koleżeńskie rozmówki mogą dotyczyć prawie wszystkiego. Oficjalnymi językami są: angielski i francuski.

komentarze (3)

Przepaść

Bartosz Nowakowski w sport|skomentuj (4)

Wszyscy czekają na wygraną Polaka w Tour de Pologne. Kibice, dziennikarze, trenerzy. Oczekiwanie tak wielkie, że niektórzy dopatrują się już polskich korzeni w ostatnim etapowym zwycięzcy, Hutarowiczu. Polskie korzenie bez wątpienia są, zresztą przyznał to sam kolarz. Wiem, że trzeba wierzyć, ale ja to i tak zapowiem. Żaden z polskich kolarzy nie wygra etapu, ani nie osiągnie końcowego zwycięstwa. Chyba, że... Ale o tym za chwilę.

Odświeżmy sobie pamięć:

14 września 2003 - Cezary Zamana wygrywa Tour de Pologne. To ostatni, jak do tej pory, triumf Polaka w narodowym wyścigu.

11 września 2004 - Tego dnia nastąpił ostatni etapowy triumf polskiego kolarza. Marek Rutkiewicz w Karpaczu pierwszy minął linię mety. 

Od 2005 roku, TdP należy do ścisłej elity wyścigów Pro Tour (do nich należą Tour de France, Giro d'Italia inne wielkie wyścigi), gdzie ścigają się największe zespoły i najlepsi kolarze.

Pan Czesław bardzo zabiegał o to, by polska kadra mogła wystartować w Tour de Pologne. To szansa dla tych chłopaków, którzy przez tydzień mogą zobaczyć jak wygląda profesjonalne ściganie. Bo w Polsce tylko Tour de Pologne jest wyścigiem profesjonalnym. Reszta to amatorka. Wyścigi tworzone przez pasjonatów i dla pasjonatów. Nie ma mowy o jakichś zarobkach, ale to już wkraczanie w inne kwestie. Wróćmy do tematu. To szansa na pokazanie się i wybicie. Choć to i tak jeszcze długa droga. Pan Ryszard Szurkowski kiedyś powiedział mi, że między polskimi kolarzami, a tymi ścigającymi się na zachodzie jest wielka przepaść. Problem widzi w szkoleniu młodzieży.

Dlatego mały apel. Nie wymagajmy od tych chłopaków zwycięstw. To tylko buduje presję. Dziś obserwacja będzie dla nich nowym bagażem doświadczeń i to wystarczy. Niech walczą i pokazują się jak najczęściej. Bardzo dobrze, że trener polskiej kadry podzielił rolę w zespole. Wytyczył kolarzy na płaskie etapy i te trudniejsze. Tylko nie mówmy, że są to etapy górskie, bo wtedy nie wiem, jak określać te "królewskie" na Tour de France czy Giro. Nazwijmy je - wyżynne. Istnieje wielka przepaść i tylko cud, mógłby spowodować etapowe zwycięstwo bądź klasyfikacje generalną. Liczmy na szczęśliwą ucieczkę (cieszy mnie, że polscy kolarze są tak aktywni na pierwszych etapach), bo to jedyna możliwość dająca jakiekolwiek szanse. 

komentarze (4)

To ja, kolarz

Bartosz Nowakowski w sport|skomentuj (1)

Pobudka wczesnym rankiem. Spojrzenie za okno. Pada deszcz czy jest słonecznie? Upał, czy jest zimno? Szybka toaleta. Wyjście z hotelowego pokoju. Przywitanie się z drużynowymi kolegami. Lekkie śniadanie, rozmowa z dyrektorem. Rzut okiem na trasę etapu. Obsługa techniczna pyta, jakie kanapki przygotować na trasę? Oczywiście, na słodko plus batony. W żelowej konsystencji. Wyjście przed hotel. Tam rozgrzewka. Na wstępie rower statyczny. Czas nagli. Pora do autobusu. Dojazd do miejsca startu. Odprawa. Czas na wybór sprzętu. Czy kierownica na odpowiedniej wysokości? Siodełko w porządku, łańcuch również. To ważne. Rower wybrany, czeka. Teraz krótkie rozmowy z dziennikarzami, autografy, zdjęcia i podpisanie listy startowej. W tle muzyka Chopina. Koledzy z innych ekip, między sobą wymieniają wrażenia. Za chwilę rozpoczęcie etapu. Strzał z pistoletu. To start honorowy. Za kilka kilometrów ostry - to już prawdziwe ściganie. Miasto startowe już opuszczone przez nas - peleton. Kolorowa karawana mknie przez wsie, miasteczka, miasta. Ludzie machają, krzyczą. Niezrozumiale. Za chwile miasto, gdzie mieści się meta. Peleton wjeżdża na pętle. Jeszcze więcej ludzi. Ale cisza. Nie machają. Są zadumani. To godzina "W". Po krótkiej chwili znów dopingują. Coraz szybsze tempo. Nie wszyscy wytrzymują. Nagle krzyk! Hamowanie! Kraksa! Słowa w różnych językach - niecenzuralne. Niektórym udało się wyplątać. Oni dojadą. To ktoś z tej grupy wygra! Na pewno nie odpuści! Gonitwa trwa. Bezskutecznie. Zwycięzca już znany. Zmęczenie i ból całego ciała. Ale za metą są już masażyści. Szybko do autobusu. Wody, wody. Już teraz powoli, już po wszystkim. Dojazd do hotelu, innego, w innym miejscu. Masaże i jeszcze raz masaże. Kolacja, łyk zwycięskiego szampana - jeśli etapowy zwycięzca jest z ekipy. Pora do pokoju. Sen, ale czy spokojny? Przecież jutro kolejny etap?

komentarze (1)

W niedzielę rozpoczyna się nasz narodowy kolarski wyścig Tour de Pologne. Pracę jaką wkłada w tę imprezę Pan Czesław Lang jest nieoceniona. Chwała mu za to, bo wyścig z roku na rok jest coraz lepszy, coraz bardziej profesjonalny. Połączenie sportowych emocji z promocją naszego kraju to sprawa fenomenalna jak również trudna. Pierw chciałbym poruszyć tę drugą kwestię. Tegoroczna trasa naszpikowana jest elementami nazwijmy to "kulturalno-historycznymi". Przejazd kolarzy przez Żelazową Wolę z okazji 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina, obchody Powstania Warszawskiego, a także start z Oświęcimia, gdzie 65. lat temu wyzwolono największy hitlerowski obóz koncentracyjny. Nie ma co ukrywać, że trasa jest ciekawa. Lecz teraz wątek sportowy. Ten pozostawia u mnie pewien niedosyt...

Nie mogę do końca zgodzić się z organizatorami, że nowy termin (pierwszy raz, kolumna peletonu jechała na początku sierpnia w zeszłym roku), w którym odbywa się wyścig jest lepszy od poprzedniego, czyli wrześniowego. Nie ma chyba gorszej daty, jak tydzień po Tour de France, największym wyścigu w całym kolarskim kalendarzu. Taki bieg wydarzeń powoduje, że na nasz polski Tour przyjeżdżają, ekipy w "drugich" składach, a w niektórych przypadkach nawet i "trzecich". Śmiechu warte jest wspominanie o kilku zawodnikach, którzy właśnie ukończyli "Wielką Pętle" i będą gościć na polskich szosach. Swoją drogą, nie wiem, czy w tak krótkim czasie ludzki organizm jest w stanie odbudować siły, by brać udział w kolejnej rywalizacji, ale tego nikomu nie odbieram. Choć słyszałem, z opowiadań niektórych zawodników, którzy przejechali "Wielką Pętle", że po powrocie do domu z powodu wycieńczenia, spali prawie bez ustanku przez... dwa tygodnie. I z całym szacunkiem dla nich, to nie są gwiazdy pierweszego formatu w peletonie.

Wrzesień był mimo wszystko lepszym terminem. I nie miało większego znaczenia, że w tym samym czasie trwała Vuelta Espana. W hiszpańskim wyścigu jechali kolarze, którym zależało na triumfie w ostatnim wieloetapowym wyścigu w sezonie, a do Polski przyjeżdżali zawodnicy zainteresowani przygotowaniem na mistrzostwa świata. Bo polski wyścig ze względu na charakterystykę (nieukrywajmy, wyścig budowany jest na płaskich i średnio górzystych etapach) był dobrym polem przygotowującym właśnie do walki o tęczową koszulkę. To miało sens. Zresztą dowodem na to byli sami zawodnicy, którzy stawali na linii startowej. Uważam, że lista startowa sprzed dwu lat, czyli wtedy, kiedy wyścig ostatni raz odbył się we wrześniu była zdecydowanie atrakcyjniejsza i mocniejsza.

Jest też druga strona medalu. A może polskie szosy wykreują nowe światowe gwiazdy w peletonie? Alberto Contador swoje pierwsze etapowe zwycięstwo osiągnął podczas Tour de Pologne. Andy Schleck dwa lata temu na ulicach Warszawy wygrał drużynową jazdę na czas. Dziś ci panowie stanowią czołówkę na największych wyścigach. Chciałbym, żeby taka teoria się sprawdziła. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby pokazał się utalentowany Polak. Marzenia czasem się spełniają. Jak będzie, to pokaże przyszły tydzień.

Jeszcze przed rozpoczęciem wyścigu przyznam "zębatki", czyli przedstawię listę moich faworytów na poszczególne koszulki. A w niedzielę barwna relacja z serca samego etapu Sochaczew - Warszawa. 

komentarze (2)

Już po wszystkim. Ponad trzy tysiące kilometrów pokonane w trzy tygodnie. W tym czasie tylko dwa dni wytchnienia. Pozostał niemiłosierny ból mięśni i ogólne wycieńczenie. I pytanie, czy było warto tak się poświęcać? Na to, z uśmiechem na twarzy odpowiedziałby Alberto Contador (ciekawe, czy szampan popijany trzeci raz w stronę Paryża smakuje tak samo?), co do reszty uczestników peletonu - nie wiem.

Uśmiech na twarzy pojawił się także u dyrektora wyścigu Tour de France, Christiana Prudohomme. Jego optymizm wynikał z faktu, że na wyścigu nie wybuchła żadna afera dopingowa. To sukces, biorąc pod uwagę dzieje z ostatnich lat. Ale nie ma co wracać, do niemiłych wydarzeń. Trzeba radować się z pasjonującej i efektownej sportowej walki.

Po wczorajszym etapie, przeanalizowałem moje przyznawanie "zębatek" we wpisie Rowerem z Rotterdamu do Paryża. Wielkim objawieniem, a zarazem królem gór stał się Francuz Anthony Charteau, którego w ogóle nie brałem pod uwagę. Zresztą pewnie nie byłem samotny w tej kwestii. Być może zawiódł Mark Cavendish, ale pięć etapowych zwycięstw w pewnym stopniu wypełnia lukę. Brytyjczyk zapewne marzy o zielonej koszulce. Może za rok.

Brakowało polskiego akcentu. Sylwester Szmyd przed wyścigiem zapowiadał, że powalczy o zwycięstwo w górach. Zakończyło się na wygranej premii górskiej na przełęczy Peyresourde. Warto podkreślić, że bydgoszczanin wypełnił swoją rolę w drużynie, pomagając Romanowi Kreuzigerowi wejść do pierwszej dziesiątki w klasyfikacji generalnej.

Tegoroczny Tour de France przeszedł już do historii. Setny raz, kolarze przejeżdżali przez Pireneje. Piąta minimalna przewaga w historii zwycięzcy wyścigu na drugim kolarzem w klasyfikacji generalnej. Prawdopodobnie ostatni wyścig Lance'a Armstronga w roli kolarza...

Jeśli kogoś nudziły mozolne relacje z "Wielkiej Pętli", to zapraszam do obejrzenia trzyminutowego podsumowania wyścigu:

http://www.youtube.com/watch?v=w_HQgrFmrPQ&feature=player_embedded

Już za niecały tydzień światowy peleton pomknie po polskich szosach. Czas na Tour de Pologne.

komentarze (2)

Ugodowe szepty

Bartosz Nowakowski w sport|skomentuj (4)

To było dziesięć kilometrów wspinaczki na historyczną przełęcz, gdzie miały dziać się historyczne sprawy. Niestety, pomimo swoistego pomnika, jaką jest przełęcz Tourmalet nic wielkiego się nie zdarzyło. Nadmuchany balon został przebity. Wszyscy czekali na mocne ataki Andy'ego Schlecka, dzięki którym odjedzie Alberto Contadorowi. A tu... nic z tego. Mało tego, ataku próbował Hiszpan. Co się okazało, próby nieskutecznej.                         

Po tym ataku, Luksemburczyk dojeżdżając do Contadora wymienił z nim klika zdań. Pytanie narzuca się samo. O czym przeprowadzili krótką konwersację? Z drugiej strony nie wiem, czy chciałbym wiedzieć, o czym rozmawiali. Może powinni zostawić to dla siebie. Choć nie ukrywam, że lubię snuć teorie spiskowe. Przyjmuję możliwość, że ci dwaj znakomici kolarze dogadali się, a mogło to wyglądać w następujący sposób:

Andy Schleck: Albercik, nie tak łatwo "urwiesz koło" (udana ucieczka)

Alberto Contador: Andy, w takim razie wygrywasz "królewski" etap na historycznej przełęczy Tourmalet, dojeżdżamy razem, a ja pozostaje liderem. Widzisz, że przejechałem dłuższy odcinek z tobą pod górę i ty też nie możesz mnie zgubić. Nie jesteś w stanie zbudować przewagi. Jak się zapatrujesz na tę propozycję?

Andy Schleck: Ok, pod warunkiem, że w sobotniej "czasówce" wszystko może się jeszcze zdarzyć. Nie będę składał broni.

Alberto Contador: Zgadzam się. 

Andy Schleck: Zgoda.

Tyle, że z takiego założenia Andy jest, co tu ukrywać, w dużo gorszej sytuacji. Szanse na wygranie "czasówki" przez Luksemburczyka są nikłe. Strata ośmiu sekund, mogłby się wydawać, że to niewiele, a jednak. Swoją drogą, przemyślenia Schlecka muszą być niezmiernie intensywne. Pech na wcześniejszym etapie, gdzie na przełęczy Aubisque zerwał mu się łańcuch, może śnić mu się do końca życia.

Po tym incydencie wybuchła wielka dyskusja, czy Alberto powienien zaczekać na rywala? A z jakiej racji? To już mały obłęd. Porównajmy to z innym przykładem. Wyścig Formuły 1. Czy w momencie, gdy lider wyścigu, załóżmy, niech będzie to Mark Webber przebije oponę i konieczny jest zjazd na wymianę, to wszyscy kierowcy czekają, aż Australijczyk powróci z padoku na fotel lidera? Chyba nie. Nie ukrywajmy w życiu jak i w sporcie potrzebne jest szczęście, a z takiego skorzystał Contador.

Jeszcze do końca niczego nie wiadomo, ale chyba Schleckowi na dzień dzisiejszy odpowiada drugie miejsce. Może to rzeczywiście wielki sukces dla młodziutkiego jeszcze zawodnika, choć myślę, że jego ambicję są dużo większe. Być może przesądziłem jego pozycję, ale chyba nic się nie zmieni. A może miła niespodzianka na próbie czasowej na ulicach Pauillac?

komentarze (4)

Kilka dni temu był mecz w Baku. Ja go nie oglądałem, ale mój kolega po obejrzeniu tego spotkania nie mógł uwierzyć, że to są też profesjonaliści, właściwie tacy samy jak ci, którzy uczestniczyli w MŚ. 

"Piłka podwórkowa, sprawni inaczej" takie określenie padały z jego ust. Jak patrzyłem na wynik na wyjeździe w goracym Azerbejdżanie myślałem, ze trochę przesadza. Tak myślałem do wczoraj, kiedy patrzyłem z niedowierzaniem na to co dzieje się przy Bułgarskiej. Mistrz Polski, klub z największym budżetem, chwalący się sprzedażą 11 000 karnetów w kilka dni i trybunami na ponad 40 000 gra u siebie jak równy z równym, ale nie z mistrzem choćby Szwajcarii, Austrii czy Szwecji, ale Azerbejdżanu. Jak mamy myśleć o Lidze Mistrzów, skoro jestesmy na poziomie Azerów, Łotyszy, Litwinów, a męczymy się nawet z drużynami z kucharzy, kelnerów, piekarzy i kierowców maltańskich (Ruch Chorzów).

Kilka stadionów już za chwilę będzie na europejskim poziomie, mamy kilku bogatych ambitnych właścicieli klubów, w kilku miastach nie brakuje kibiców, przed Euro2012 jest ciśnienie na sukces i większe zainteresowanie piłką nożną. Brakuje maleńkiego elementu tej układanki. Nie mamy drużyn i zawodników, którzy liczyć się mogą poza euroazjatycką trzecią ligą.  

komentarze (2)

Nie ma co ukrywać, Tour de France wchodzi w fazę wielkich roztrzygnięć. Przed nami najbardziej wymagające etapy w Pirenejach. Nie pomyliłem się, pisząc w ostatnim wpisie, pomiędzy kim nawiąże się walka o żółtą koszulkę (Pozostało dwóch aktorów). Zarówno Alberto Contador, jak i Andy Schleck (ten chyba bardziej) mają jeszcze sobie coś do udowodnienia.

Po wczorajszym pechu (defekt roweru - spadł łańcuch), irytacja Luksemburczyka zapewne sięgałą zenitu. Wcale to nie dziwi, przecież te czarne chwile mogą zadecydować o ostatecznym roztrzygnięciu wyścigu... Ale nie będę krakał. Przed tym etapem Andy, dla gazety "The Independent", powiedział, że do ostatecznego zwycięstwa potrzebuje 90 sekund przewagi nad Hiszpanem. Do zbudowania tego, chciałby wykorzystać ciężkie przełęcze w Pirenejach. Mając półtorej minuty nad Contadorem, Schleck, twierdzi, że czułby się bezpiecznie przed sobotnią "czasówką".

Teraz musi wykonać jeszcze więcej pracy, ale oczywiście nic straconego. Bo przed peletonem najtrudniejsze mometny "Wielkiej Pętli". Kolarze będą wspinać się na słynną przełęcz Tourmalet (najwyższy punkt w całym wyścigu - 2115m npm). Dziś od łatwiejszej strony, którą nazwano dla uczczenia pamięci Jacquesa Goddeta (jeden z pierwszych dyrektorów wyścigu). Po dniu odpoczynku od dłużeszej strony, gdzie wyznaczono metę etapu (pamięć dla Henri Desgrange, pomysłodawcy wyścigu dookoła Francji). Taki scenariusz przewidziany jest specjalnie na setne urodziny Pirenejów w wyścigu Tour de France. Nie będę wczodził w spory, który etap można ochrzcić mianem "królewskim". Tak przedstawiają się plansze:

http://www.youtube.com/watch?v=aPAcDvrPCZY

Czwartkowy etap przedstawia się następująco:

http://www.youtube.com/watch?v=sdkiEFxTCYY

Jeśli Andy Schleck myśli o wygraniu, to wyżej przedstawione etapy muszą należeć do niego. Jak zareaguje Contador? Na pewno sobotania indywidualna jazda na czas jest lekką przewagą Hiszpana. Ale do soboty jeszcze daleko. W każdym razie Luksemburczyk, przed wyjazdem na górskie etapy, kilkakrotnie sprawdzi stan techniczny swojego roweru.

komentarze (1)

Wojna z kibicami

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (7)

O polskiej piłce, zwłaszcza reprezentacyjnej coś ostatnio cicho. Ale już widzę, że niedługo będzie głośno i w dodatku "wesoło".

PZPN pozywa autorów strony www.koniecpzpn.pl , że bezprawnie posługują się zastrzeżonym logiem Związku i publikują opinie, które naruszają wizerunek i dobre imię PZPN. Na razie jak czytam w mediach skierowano pozwy przeciwko sześciu osobom. Jak rozumiem, to jednak tylko początek działań bo na stronie jest 317 102 osoby, które poparły protest, więc można by skierować jeszcze skierować pozwy do 316 96 osób bo już 6 pozwano. Ale to nie wszystko.

Skoro na ww. stronie znajdują się wpisy naruszające "wizerunek i dobre imię PZPN", które stanowią podstawę pozwu, to ja znalazłem podobne wpisy na portalach m.in. onetu, wp, interii, gazety, dziennika, tvn24 i jak znam opinie kibiców na ten temat, to pewnie jeszcze setkach innych mniejszych portali. W dodatku te opinie były głośno wygłaszane na wszytskich stadionach, od A-klasy do meczów reprezentacji. Więc okazji do pozwów nie brakuje i obawiam się, że nie będzie brakować. Więc zabawa może być długa,  na poczatku może i trochę śmieszna, ale później męcząca i nie prowadząca do niczego. Ale pozew ma też inne skutki.

Strona www.koniecpzpn.pl i stowarzyszenie kibiców po pierwszych sukcesach (udany bojkot meczu ze Słowacją, akcja zapal znicz, wycofanie się jednego ze sponsorów reprezentacji i wycofanie reklam przez innego sponsora, a także okrągły stół o naprawie piłki nożnej) straciła już impet. Teraz do przygaszonego ogniska oliwy dolewa Związek, a więc szansa na nowe duże ognisko, zwłaszcza, że już za trzy tygodnie pierwszy mecz reprezentacji w drugiej części roku, a później kolejne. A to okazja nie tylko kibicowania.

W dodatku Polacy to taki naród, któremu jak patrzę na historię, nigdy nikt  w żadnej sprawie kagańca nie nałożył, a każda próba ograniczenia wolności wypowiedzi powodowała jeszcze większą reakcję. A teraz świat, a przynajmniej piłkarska europa będzie patrzeć na nas i co zobaczy ....?

 

 

 

komentarze (7)

Ostatni etap w Alpach pokazał, kto będzie walczył o żółtą koszulkę. Głównymi aktorami będą: Alberto Contador i Andy Schleck. Luksemburczyk wydaje się być mocniejszy w porównaniu do zeszłego roku. A to tylko lepiej dla całego spektaklu. Straty innych liderów ekip są już znaczące. Musiałby stać się cud (choć takie już ten wyścig widział, niestety te cuda działy się dzięki strzykawce i zakazanym substancjom), aby ktoś jeszcze podłączył się do walki o triumf na Polach Elizejskich. 

Z niecierpliwością czekam na kolejne starcia tych dwóch kolarzy. Jak to się zwykło w "Wielkiej Pętli", zawsze o zwycięstwo walczyły dwa (często różne) charaktery. W latach 40-tych Fausto Coppi rywalizował z Gino Bartalim, w 60-tych Jacques Anquetil z Raymondem Poulidorem, a w późniejszych czasach pamiętny pojedynek Grega Lemonda z Laurenem Fignonem, w którym Amerykanin na ostatniej czasówce, prowadzącej ulicami Paryża wygrał z Francuzem, wyprzedzając go w klasyfikacji generalnej o osiem sekund! Do dziś to najmniejsza strata pomiędzy pierwszym, a drugim zawodnikiem. Nie można zapominać o, całkiem niedawno, pojedynkach Lance Armstronga z Janem Ullrichem. Dwie odmienne techniki jazdy i wiecznie drugie miejsce Niemca, który jeździł ciężko i twardo, w odróżnieniu od Armstornga, wspinającego się lekko na najtrudniejsze podjazdy. 

Powstaje kolejna dwójka, która, miejmy nadzieję stworzy niezapomnianą historię. Obydwaj mają lekki styl jazdy, widoczny na górskich odcinkach. Nie chcę być w żaden sposób prorokiem, ale Andy Schleck pewnie nie chce podzielić losu Jana Ullricha. W zeszłym roku był drugi, za Contadorem. Jak będzie w tym roku? Najbliższe etapy będą lekkim odpoczynkiem. Do walki wracają sprinterzy.

komentarze (3)
  • sport (wpisów: 100)
  • inne kategorie
sport , wpisów: 100

zespół

Jarosław Kończak

Z wykształcenia jestem dziennikarzem, politologiem (tu nawet udało mi się obronić doktorat i książkę...







Bartosz Nowakowski

Przygodę ze sportem, jak większość chłopaków, rozpocząłem kopiąc piłkę w czasie długich, letnich dni...

Marek Wajda

Jestem dziennikarzem – kiedyś mediów zewnętrznych, teraz wewnętrznych. Zajmuję się komunikacją i PR....

Jarek & Marek

Połączyła nas piłka i wspólna praca przy reprezentacji Polski. Później okazało się, że łączy nas...

więcej

Historia alternatywna

02.09.2010

Wczoraj minęła rocznica...

Zagrał Orange Warsaw Festival

01.09.2010

Zakończenie lata osłodził...

Dotknąć sztuki

30.08.2010

O tym, jak można pokazać...

iPhone 4, czyli showtime w Polsce

27.08.2010

Jeśli wszystko poszło...

Alfa Romeo za hasło

25.08.2010

Promocja Orange Freedom

22.08.2010

Od poniedziałku ruszamy z...

Tips & Tricks - iPhone

02.09.2010

W piątek 29 sierpnia do...

Jak poprawić odbiór sygnału sieci mobilnej?

27.08.2010

Użytkownicy mobilnych...

Naviguj z Orange!

24.08.2010

Dzięki Orange...

newsletter

captcha

kalendarium