blog sportowy

o sporcie, sponsoringu i marketingu sportowym

sport , wpisów: 39

Byłem wczoraj na meczu piłkarskim. Był to mecz, którego stawką była poprawa humoru kibiców (takie spotkania będziemy grać aż do maja 2012). I jako kibic humor mam poprawiony. Graliśmy nie najgorzej, Błaszczykowski znów błyszczał, Lewandowski w formie i wygraliśmy bez problemów. Odpowiednia ranga meczu miała też odpowiednią oprawę. Stadion na pięć tysięcy osób, na którym zasiadło ponad cztery tysiące kibiców Polski, kilkunastu Bułgarów i kilkuset kibiców Legii Warszawa. Pierwsi dopingowali biało-czerwonych, drudzy swoich ziomków, a ci ostatni zaprezentowali skoczny repertuar "Z pamiętnika hydraulika" czyli zbiór inwektyw polskich. Jak się okazało śpiewali tak dlatego, że nie wiedzieli, ze jest to mecz Reprezentacji Polski. W sumie wcale się nie dziwie, bo jak ktoś przegapił hymn to po strojach trudno byłoby wnioskować, że gra akurat Polska.

"Biało-czerwone to barwy niezwyciężone" tej piosenki akurat wczoraj nie słyszałem. I trudno się dziwić skoro zagraliśmy w "tradycyjnych" granatowych strojach z rękawkami Monaco (rękawki ponoć wypożyczono ze strojów olimpijskich przygotowanych przez Polski Związek Biathlonu). Jak powiedział trener Franciszek Smuda nie ma cię co przejmować koszulkami bo cytuję "to nowa kolekcja na wyjazdy, a graliśmy u siebie". Ma trener oczywiście racje, że koszulki nie grają na boisku i jak będziemy wygrywać, to możemy grać nawet w czarnych, różowych czy ciapkowanych strojach z krogulcem zamiast orła. Ale nie zgodzę się z trenerem, który mówi , że "za rok te stroje będą najdroższe, jakie Nike wyprodukował". Chyba, że trener ma na myśli, że te stroje będą najdroższą porażką, jaką Nike odniósł na polskim rynku, w co jestem w stanie uwierzyć.

Dla mnie w finałach ME 2012 możemy grać w kolorach tęczy jeśli wygramy. Wiem tylko jedno, że ja ten mecz przyjdę w koszulce białej lub czerwonej a granatowej po prostu nie kupię. I myślę, że nie będę odosobnionym przypadkiem.

A na koniec zagadka, o co pytały dzieci wyprowadzające wczoraj reprezentację. Jak myślicie?

Białoczerwoni

Reprezentacja Polski?

 

 

 

 

komentarze (4)

Grad medali

Dla Polski były to pod każdym względem historyczne Igrzyska. W Vancouver zdobyliśmy tyle medali ile przez pierwszych 19 (słownie, bo trudno uwierzyć: dziewiętnaście Zimowych Igrzysk od 1924 do 2002) i niemal tyle ile w całej historii polskich startów podczas Zimowych Igrzysk. O polskich sportowcach wreszcie było głośno nie tylko w polskich mediach. Nazwiska: Kowalczyk, Małysz, a również Sikora (choć występy nieudane) nie są anonimowe i w Europie i w Ameryce Północnej. Wreszcie przestały nas wyprzedzać w tabeli medalowej takie " zimowe potęgi" jak Estonia, Kazachstan, Łotwa czy Chorwacja.  Piętnaste miejsce w klasyfikacji medalowej na 82 kraje i 2621 sportowców startujących w Kanadzie to można powiedzieć przyzwoity wynik.

Wielka kasa

Przed Igrzyskami, prezes PKOL Piotr Nurowski, mówił, że z chęcią zapłaci jak największe premie za wyniki sportowe. I chyba nawet prezes nie spodziewał się jak wielkie będą to premie. PKOL musi przygotować 1,875 mln złotych na nagrody dla medalistów z Vancouver i polskich związków sportowych. 500 tysięcy złotych wpłynie na konto zdobywczyni trzech medali (złoty, srebrny i brązowy) w biegach narciarskich Justyny Kowalczyk, 300 tysięcy skoczka Adama Małysza (dwa srebrne krążki). Po 75 tysięcy otrzymają brązowe panczenistki Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska i Katarzyna Woźniak. Beneficjentami sukcesu są także polskie związki sportowe, które otrzymają odpowiednio 200, 150 i 100 tysięcy złotych. Z sum związki nagrodzą przede wszystkim trenera kadry narodowej (minimum 50 procent wartości sumy), pierwszego trenera-odkrywcę talentu, klub sportowca, sparingpartnerów oraz sztab szkoleniowo-medyczny.

I pewna smutna refleksja

Obejrzałem jak każdy Polak ze 30 powtórek zwycięskiego biegu Justyny Kowalczyk. Była radość, nawet może pewne wzruszenie, a później powoli nadchodząca refleksja. Gdy usłyszałem, że kapelan prowadził mszę za złoty medal Justyny, gdy słyszałem, że z Reprezentacji Polski wreszcie zdjęto klątwę 38 lat bez złotego medalu, to mimo radości pomyślałem, że chyba z naszymi sportami zimowymi nie jest tak dobrze skoro dla innych złoty medal na Igrzyskach jest informacją dnia lub tygodnia a dla nas co najmniej informacją roku, jak nie dziesięciolecia. Chyba, że się mylę i miejsce Kowalczyk czy Małysza szybko zajmą inni. Wierzycie w to ?

komentarze (1)

Przez zimę zdążyłem się stęsknić za krajową piłką nożną bo i przerwa ligowa jak na europejskie standardy była wyjątkowo długa. Choć czuję tęsknotę to jakoś nie czuję jednak specjalnych emocji. Z jednej strony wiem, że o majstra powalczy wielka trójka: Lech, Legia, Wisła. Z drugiej jednak strony przez zimę nie zobaczyłem specjalnych przygotowań/spektakularnych transferów w żadnym z tych klubów. Tak jakby każdy myślał, że te armaty, które ma dotychczas wystarczą na drugiego, albo i tak wszyscy myślą, że tradycyjnie wygra Wisła. Oczywiście tu mogą krzyknąć kibice Lecha, że u nich nową postacią jest Siergiej Kriwiec z BATE Borysów, który zanim choć raz dotknął piłki na krajowych boiskach już przez niektórych został uznany za gwiazdę. Nie mówię, że gwiazdą nie będzie, ale pożyjemy zobaczymy. Ciekawostką będzie natomiast Chińczyk Donga Fangzhuo. 25-letni napastnik, podobnie jak niedawno jeszcze Smolarek, przez kilka miesięcy nie miał klubu, ale u nas jest reklamowany jako członek kadry Manchesteru United. "Kibice zapamiętają go jako jednego z najgorszych piłkarzy w historii klubu" - pisał o jego dokonaniach na Old Trafford dziennik "The Guardian". Ale Legia ma szczęście do egzotycznych napastników, więc może i tym razem poniesie się  z Żylety śpiew "Dong dong Dooong".

Choćby jednak chińczyk strzelał w każdym meczu po pięć goli to jednak na ten doping z Żylety musi długo poczekać, bo póki co Żylety na stadionie nie ma. Podobnie jak nie ma wielu trybun w Krakowie, Lubinie, Poznaniu czy Gdyni. A to oznacza, że kontynuujemy sezon rozgrywany pod hasłem "Piłka nożna bez kibiców", albo przy niewielkiej asyście kibiców np. na trzytysięczniku do rugby w Gdyni, pięciotysięczniku w Warszawie czy sześciotysięczniku w Krakowie. I gdy na to patrzę to wiem dlaczego nie było transferów i wiem dlaczego ten sezon po prostu trzeba zaliczyć, odhaczyć i mieć z głowy.

Bez pieniędzy, bez kibiców na stadionie, podobnie jak wielu, myślę już o tym co zacznie się jesienią, o tym, że liga przynajmniej pod kątem stadionów zacznie przypominać to co dzieje się w innych krajach. A póki co spokojnie idą przed telewizorek, sięgam do lodówki, włączam Orange Sport, a na stadion wybieram za pół roku.

komentarze (2)

Z Orange Sport do NBA

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (1)

Dziś ani słowa o Vancouver, a tylko o NBA i szczęściarzach. A na początek kilka pytań.

Jeśli abonentem Orange sport? Oglądasz rozgrywki NBA? Marzysz o spotkaniu gwiazd NBA na żywo? Teraz Twoje marzenie może się spełnić. Weź udział w konkursie, wymyśl hasło promujące rozgrywki NBA na antenie Orange sport i wygraj bilety na mecze najlepszej ligi koszykówki na świecie!
Jak to zrobić? Wystarczy, że wypełnisz formularz konkursowy znajdujący się na www.orangesport.pl/konkursNBA i wyślesz go do 28 lutego br. Komisja wybierze dwa najciekawsze hasła, a ich autorzy polecą do Nowego Jorku na mecze NBA. Lista Zwycięzców zostanie ogłoszona na stronie www.orangesport.pl 3 marca 2010 r. do godz. 14:00.

komentarze (1)

A przed nami kolejny raport z Vancouver,Artur Kulikowski, Orange sport info

Kilka słów o trudnej pracy dziennikarza podczas igrzysk. Mam przyjaciela (który prosił o nie podawanie nazwiska ani kraju w którym mieszka , dodam że nie mieszka w Europie.), który codziennie dojeżdża z Vancouver do Whistler na zawody.  Oto jego historia. Wstaje o godzinie 5 rano, szybki prysznic, golenie, sprawdzanie sprzętu, ubieranie się. O tej porze oczywiście w hotelu
nie podają śniadań więc z pustym żołądkiem idzie 20 minut ze sprzętem fotograficznym ( ciężkim ) do najbliższego przystanku autobusowego. Tam albo trafi od razu albo czeka do pojazd. Jedzie tym autobusem 12 przystanków ( 25 minut ) do skitrain - czyli takiego metra tylko że jadącego po specjalnych wiaduktach do centrum Vancouver. To zajmuje mu kolejne pół godziny. Około godziny 7 rano jest na miejscu. Musi być bo tylko co godzinę odjeżdżają autobusy olimpijskie go Whistler. Musi zdarzyć by nie czekać godzinę na kolejny. Jak już wsiądzie do autobusu jedzie dwie godziny do centrum Whistler. Jest tak około godziny 9.00. I teraz jeżeli zdąży na autobus wiozący wszystkich na zawody ( konkretnie na biathlon ) jedzie. Jeżeli nie, czeka pół godziny na kolejny transport. Dajmy na to że nie zdarzy ( co często się zdarza ) O godzinie 9.30 wsiada do kolejnego autobusu wiozącego go na biathlon. ten jedzie 40 minut. Niby jest na miejscu w Whistler Olympic Park, ale jeszcze musi przejść kontrolę bagażu i wsiąść do kolejnego autobusu, podwożącego go na biathlon. na miejscu jest o godzinie 10.00. czyli dotarcie na zawody trwało 5 godzin. Zawody trwają średnio dwie, trzy godziny. Później konferencja prasowa, rozmowy z zawodnikami, robienie zdjęć , wysyłanie materiałów przez internet, rozmowy z kibicami ..... i około godziny 15.00, może wracać do Whistler. To zajmuje dwie godziny. jest 17.00. Po powrocie do Whistler najczęściej sprawdzanie wyników, relacje do stacji radiowych lub
telewizyjnych, rozmowy z trenerami, innymi dziennikarzami. Tak do godziny 19.00 kiedy rozpoczyna się uroczystość wręczania  medali. Ta trwa dwie godziny. Później rozmowy z zawodnikami, wysyłanie internetem materiałów i najpóźniej o godzinie 23.00 można wracać do hotelu, czyli znów 2 godziny autobusem do Vancouver. Powrót skitrainem i autobusem do hotelu i....góra
2.00 rano jest w łóżku. Czas na sen....do 5 rano.I tak dzień w dzień. 

szczęśliwy po srebrnym medalu Małysza, i smutny po przegranej Tomasza Sikory
z Whistler Artur Kulikowski

komentarze (1)

Teraz już wiemy w Vancouver sypnęło medalami jak nigdy. Mamy już trzy a na złoty jeszcze wciąż czekamy. A o szczegółach prosto z kanady Artur Kulikowski, Orange sport info.

 

Jest tuż po skokach kwalifikacyjnych do konkursu na dużej skoczni. Siedzę w biurze prasowy w Whistler Olympic Park i przyglądam się dziennikarzom. Jedni opowiadają o cudownych pręcikach w butach Simona Ammana, które niosą go dalej
niż innych skoczków narciarskich, inni ( oczywiście dziennikarze z całego świata oprócz Polski ) uczą się poprawnie wymawiać imię i nazwisko Justyny Kowalczyk, powiadam Kowalczyk - oni Kołaczyk, lub Kofali, a Justyna to Żiusti, Jujina - można się naprawdę obśmiać. ale napięcie wzrasta. Bieg na 15 km za godzinę. Kowalczyk po zdobyciu srebra w biegu na 10 kilometrów najpierw była obrażona, ( ciekawe na kogo ) dwie godziny później metamorfoza. Przyszła do mnie piękna kobieta, uśmiechnięta od ucha do ucha, sam a zapytała czego chce się dowiedzieć. Oj uczy się współpracy z dziennikarzami nasza ( mam nadzieje mistrzyni olimpijska). A Adam Małysz - jest tak " wygadany " z czasami trzeba wicemistrzowie olimpijskiemu przerywać , bo może mówić i mówić - o wszystkim, o skokach, polityce, aparatach telefonicznych, kładzeniu blachy czy smażeniu jajek. Ideał dla dziennikarza. Jest fajny i szczery. W końcu, kiedyś był zamknięty w sobie, niedostępny. Teraz to kapitalny gość. Jest normalny. Po tym jak zdobył srebro na skoczni normalnej powiedział wprost (choć to mężczyzna a ci jak wiadomo do słabości się nie przyznają ) płakałem jak bóbr gdy zdobyłem medal. Nie mogłem się powstrzymać, hamulce puściły. Jest naprawdę prawdziwy i kochany. Siedzie w biurze prasowym do startu Kowalczyk czasu coraz mniej, jedni piją kawę, inni sprawdzają notatki. na
zewnątrz piękna pogoda, słońce, wysokie ośnieżone góry, strzeliste lasy iglaste, niby cisza i spokój , ale już niedługo będzie się
działo.......jeżeli Justysia zrobi dziś to o czym marzą pewnie wszyscy Polacy ....ja tez się popłaczę.......hamulce puszcza. Na złoto olimpijskie czekam już 38 lat.... Raz na tyle lat można popłakać, choć wiem ze to tylko sport, a zwycięzca dostaje kawałek metalu. Ale takie chwile pamięta się do końca życia. Dlatego warto czekać na takie momenty. Trzymam kciuki Justynko.......

Z Whistler Olympic Park 19.02 godzina 11.59 czasu miejscowego

Artur Kulikowski

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Prosto z Vancouver

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (1)

A teraz specjalna gratka. O relację bezpośrednio z Vancouver poprosiłem Artura Kulikowskiego, dziennikarza Orange Sport Info, który na miejscu widzi wszystko lepiej, a więc Artur oddaję Ci "głos"..

Jedno jest pewne. W życiu nie widziałem tylu Kanadyjczyków na raz. Jeżdżąc ulicami  Vancouver i przechadzając się po malowniczym Whistler dochodzę do wniosku , że w tym kraju żyją tylko młodzi ludzie. Starsi albo niańczą w domach wnuki, albo... sam już nie wiem. Jeszcze jedno, nim przejdę do spraw związanych z igrzyskami. Kanada to duży kraj. Samochody są gigantyczne, ciężarówki jeszcze większe, autostrady są wszędzie i prowadzą we wszystkich kierunkach. Kanadyjczycy są niezwykle radośni i pogodni (może dlatego że od rana piją kawę) - wszyscy, w ilościach niewyobrażalnych. W Vancouver rano łatwiej gazetę, niż miejsce gdzie można napić się kawy - takie kolejki do kawiarenek, których w tym mieście jest pewnie więcej niż w całej Polsce. Tak naprawdę igrzyska rozgrywane są w Whistler, miejscowości oddalonej o 120 kilometrów od Vancouver. Przynajmniej dla nas, bo tam jest skocznia narciarska, trasa do biegów narciarskich i stadion biathlonowy. Czyli Małysz, Kowalczyk i Sikora Vancouver mogą tylko pooglądać w telewizji lub widzieli je przez szybę autobusu, który wiózł ich z lotniska w Vancouver do wioski olimpijskiej w Whistler. Kanadyjczycy są za dokładni, choć piekielnie inteligentni. Obsługa igrzysk już po dwóch dniach potrafiła naprawić niedociągnięcia związane z transportem, wejściami na obiekty, wyrywkowymi kontrolami dziennikarzy i kibiców. Jeżeli wolontariusze (są wszędzie i zawsze uśmiechnięci pytają - jak ię czujesz i co u ciebie) dostaną polecenie z "góry" - robią wszystko bez skinienia okiem. Kłopoty mają palacze papierosów. Wśród dziennikarzy to niestety jeden z głównych nałogów. Na obiektach olimpijskich palenie jest surowo zabronione (złamanie zakazu kosztuje 250 dolarów). Wolontariusze "gonią palaczy" i robią to do skutku. Dochodzi nawet do interwencji policji. Ale znaleziono i na to sposób. W ciągu jednego dnia stworzono małe bo małe, ale zawsze miejsca dla palących. Bez krzyku, awantur, procedur. Proste - jest zapotrzebowanie - jest decyzja - jest wykonanie. Palcie sobie, Wasze zdrowie. Kanada to piękny kraj - choć dopiero go poznaję - o igrzyskach już niebawem... bo przecież medal mamy... a  o płaczącym ze szczęścia Małyszu i Kowalczyk, która zaczęła lubić i rozumieć dziennikarzy... już niedługo. Z pędzącego autostradą niczym indiańska strzała  (aż 60 kilometrów na godzinę) autobusu olimpijskiego pomiędzy Vancouver a Whistler - jadąc na zawody biathlonowe.

Artur Kulikowski, Orange sport info

komentarze (1)

Czekamy na 10 medal

Jarosław Kończak w sport|skomentuj (1)

Dziś nie można nic nie powiedzieć o Vancouver. Znów kochamy Małysza, któremu na drodze do szczęścia znów, tak jak osiem lat temu, staje Simon Amman (swoją drogą chyba najbardziej fartowny sportowiec świata – szczyt formy zawsze przypada na Igrzyska Olimpijskie). Jak mówi Wojciech Fortuna jedny nasz zimowy złoty medalista olimpijski jest to zemsta „fortuny” za to że w Sapporo to on wygrał przewagą 0,1 pkt. nad Szwajcarem Walterem Steinerem. I marna to pociecha dla Małysza, że na dziewięć medali olimpijskich podczas Zimowych Igrzysk co trzeci zdobył właśnie on. Adam Małysz pragnie olimpijskiego złota i spełnienia tego snu życzymy mu już w najbliższą sobotę. A że jest to możliwe wszyscy widzieliśmy w pierwszym dniu Igrzysk, kiedy król znów powrócił na podium  - na razie na jego średni szczebelek.

A jak wytłumaczyć słabszy występ Justyny Kowalczyk, o której wielu fachowców mówiło jako o faworytce wszystkich biegowych konkurencji i wielu kibiców uwierzyło, że każdy występ Justyny to złoto. Ci się rozczarowali. Nie rozczarowała się natomiast sama Justyna i jej białoruski opiekun. Jej trener Aleksanedr Wierietielnyj studził optymizm już przed biegiem, a po nim piąte miejsce skwitował krótko: „Walczyła dzielnie, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że na tym dystansie szanse na medal miała najmniejsze. Tak wynikało z naszych wyliczeń, statystyk i to się sprawdziło.” Te statystyki przed środowym biegiem są jednak trochę inne i dlatego wierzymy, że Polska tego dnia powiększy dorobek medalowy i ten jubileuszowy  - dziesiąty medal podczas Zimowych Igrzysk wywalczy właśnie Justyna.

komentarze (1)

O samym losowaniu w Warszawie nie ma co pisać. Kulki, znani panowie w roli sierotek, żadnej Charlize Theron na ekranie i dla nas zero emocji, choćby takich jakich doświadczyli kierowcy, którzy zaparkowali blisko Sali Kongresowej, co powodowało przymusową wycieczkę ich samochodu na parking Straży Miejskiej. A efekt tej pracy :

Grupa A: Azerbejdżan, Kazachstan, Belgia, Austria, Turcja, Niemcy
Grupa B: Andora, Armenia, Macedonia, Irlandia, Słowacja, Rosja
Grupa C: Wyspy Owcze, Estonia, Słowenia, Irlandia Płn., Serbia, Włochy
Grupa D: Luksemburg, Albania, Białoruś, Bośnia-Hercegowina, Rumunia, Francja
Grupa E: San Marino, Mołdawia, Węgry, Finlandia, Szwecja, Holandia
Grupa F: Malta, Gruzja, Łotwa, Izrael, Grecja, Chorwacja
Grupa G: Czarnogóra, Walia, Bułgaria, Szwajcaria, Anglia
Grupa H: Islandia, Cypr, Norwegia, Dania, Portugalia
Grupa I: Liechtenstein, Litwa, Szkocja, Czechy, Hiszpania

Tu można by pisać tomy, kto ma większe szanse, porównując statystyki, dotychczasowe osiągnięcia. Można zauważyć mecze z podstekstem politycznym (Niemcy-Turcja), historycznym (Finlandia-Szwecja), (Anglia-Walia). itd. itp. Jednak jak weźmiemy na tapetę tylko sport to okaże się, że przynajmniej dzisiaj nie widać tu jakiejś specjalnej grupy śmierci, czy pojedynków, które elektryzować będą całą Europę. Oczywiście dzięki koszykom, z których losowano zespoły nikt się też cudów nie spodziewał. A jak będzie, zobaczymy już od 3 września br., kiedy rozpoczynają się eliminacje. A o efektach porozmawiamy 15 listopada 2011, kiedy zakończą się baraże. Faworyci są znani i i ich określa najlepszy koszyk, a kto jeszcze  - nie będę się bawił we wróżby, bo dzisiejsza wartość drużyny, wcale nie musi przełożyć się na to jak będzie się prezentowała za rok, czy półtora (oby było też tak z Polską ). Ja tylko przypomnę, że w eliminacjach do MŚ 2010 ta łatwa grupa to była nasza grupa, z której wyjść miały Czechy a Polska miała być druga.

Jak się jednak okazuje dla nas najciekawsze rzeczy podczas losowania działy się w kuluarach. I teraz mamy hit: Polska zagra z mistrzami Europy Hiszpanami., Tak zgodnie powiedzieli  Grzegorz Lato i szkoleniowiec Hiszpanii Vicente del Bosque. Spotkanie na być rozegrane 8 czerwca w Madrycie tuż przed wyjazdem do RPA (my też wyjeżdżamy po tym meczu ... ale na wakacje). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien tytuł prasowy "Jak Smuda ma spaść, to z hiszpańskiego konia". A dlaczego ma spaść, i czy ten koń jest naprawdę taki narowisty, że przy upadku można się połamać? Przecież dla MŚ ten mecz to będzie sparing, gdzie poćwiczą trochę założeń taktycznych, Hiszpania przed wyjazdem będzie grała na ćwierć gwizdka, a nie na pół. Nikt się nie poświęci i najważniejsze będzie aby uniknąć kontuzji w przededniu MŚ. Tak więc hiszpański kucyk konia tym razem przypominać nie będzie i nikt tez z niego nie spadnie. Musimy jednak pamiętać, że nawet kucyk przebierać nóżkami potrafi i z jego umiejętnościami nawet na ćwierć gwizdka potrafi strzelić bramki. A dla naszej, budowanej na Euro 2012 drużyny, będzie to duża szansa, żeby zobaczyć, że Ci po drugiej stronie boiska to nie nadludzie, ale ludzie tylko mówiący innym językiem. A ta wiedza się przyda, bo patrząc jeszcze raz na losowanie eliminacji ME 2012, podczas tej imprezy nie zabraknie faworytów i raczej nie unikniemy w grupie drużyn pokroju Hiszpanii, Niemiec czy Chorwacji. I nie będą to wtedy mecze towarzyskie.

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Interesuję się piłką ręczną w podobnym stopniu jak większość Polaków, czyli średnio. Podobnie też jak większość kibiców moje zainteresowanie  w ubiegłym tygodniu ruszyło w górę, a nadzieja na prestiżowy sukces przykuła mnie do telewizora . Pomiędzy meczami czytałem w prasie, "będziemy mieć medal, ale jaki", "Polska jedynym z faworytów", "Wszyscy boją się Polaków", etc. A później ... Francja, Chorwacja, Islandia i auf wiedersehen.  To przypomniało mi auf wiedersehen z czerwca 2008, ale wtedy nastąpiło ono błyskawicznie i wtedy wracaliśmy w poczuciu wstydu, klęski. Teraz wracamy źli, wkurzeni, trochę niespełnieni, ale też dumni, że choć przegraliśmy medal zyskaliśmy szacunek na piłkarsko-ręcznej mapie Europy. Za tych kilka dni nadzieji, za serce i walkę mogę tylko podziękować. I po tych mistrzostwach wiem też jedno, słowo Szmal nie będzie mi się kojarzyło już tylko z pieniędzmi.

A jak mowa o Szmalu i szmalu to ciekawy jestem czy ten sukces przyniesie kolegom Szmala, a więc Reprezentacji nie tylko trochę splendoru ale też trochę szmalu dla samych zawodników i szmalu na rozwój dyscypliny. Pamiętamy, że jeszcze w październiku ubiegłego roku  zgodnym chórem zawodnicy i trener wystąpili przeciwko władzom Związku Piłki Ręcznej pisząc w liście otwartym m.in. "Z głębokim ubolewaniem patrzymy jednak na poczynania Polskiego Związku, który ewidentnie nie szanuje naszej pracy, który nie potrafi wykorzystać naszych sukcesów do popularyzacji i promocji dyscypliny. Polski Związek Piłki Ręcznej nadal sprawia wrażenie, jakby nasz sukces przerastał możliwości organizacyjne ludzi tam pracujących." Po tym apelu udało się znaleźć sponsora kadry. Teraz "niestety" sami zawodnicy podnieśli poprzeczkę bo osiągnęli historyczny sukces.  Piłka była na boisku, teraz piłka wraca do gabinetów. Ciekawy jestem jak tam zostanie rozegrana.

I na koniec jeszcze raz wracam na boisko i składam gratulacje dla Bogdana Wenty. Ale nie tylko za to co osiągnął z drużyną, ale za to co publicznie mówi o sędziowaniu. "Sport jest, był i będzie, dla mnie najważniejszą częścią mojego życia. Wczoraj zabrano nam obraz mówiący o czystości tego sportu, jakim jest piłka ręczna. Przed każdym meczem na tej hali kapitanowie obu drużyn proszą o wsparcie, fair play, doping, czystość gry. Dla wszystkich – kibiców, zawodników, sędziów. Pytam się - po co?"  Ciekawie co na pytania Wenty odpowie Europejska Federacja Piłki Ręcznej. Może zachowa się inaczej niż europejska federacja w innej odmianie piłki, która nagminnie w takich sytuacjach karze zawodnika lub trenera, a nagradza sędziego.

 

komentarze (3)

Podczas XXI Igrzysk w Vancouver Polskę będzie reprezentować 46 sportowców. Do Kanady pojedzie też 50 trenerów, serwismenów lekarzy i prezesów związków, sześć osób z misji olimpijskiej, dwie z misji medycznej oraz prezesa i sekretarza generalnego PKOl. W sumie przywieziemy 106 osób, trochę sprzętu i patrząc po Prezesie Nurowskim sporą dawkę humoru. Teraz tylko pytanie, co przywieziemy z Vancouver?

Patrząc na Polskę  - geograficznie - na świecie jest najwyżej kilkanaście zimniejszych krajów niż nasz, a kilkanaście o podobnym, zimnym klimacie. Reszta z ponad 200 krajów i terytoriów zależnych to państwa, które zimę znają zazwyczaj z opowieści lub zagląda do nich ona raczej rzadko. W dodatku jesteśmy wyjątkowo ludnym krajem, który w przybliżeniu ma tylu mieszkańców ile cała Skandynawia razem wzięta. Gdybym był ufoludkiem i spojrzał na te dane to uznałbym Polskę za faworyta porównywalnego z USA, Kanadą i Rosją. A, że nie jestem z Marsa to popatrzę na nasze historyczne sukcesy.

I historia nie powala włożyć różowych okularów. Za nami już XX Igrzysk Zimowych, na których zdobyliśmy 8 medali, co daje 0,4 medalu na każdą imprezę. Nie wiem jak inni, ale ja jako człowiek północy, mogę się tylko po takich danych zarumienić, co niniejszym czynię. I nie da się powiedzieć, że nie mamy szczęścia, patrz złoty (jedyny) medal Fortuny. Raczej powiem szczerze nie mamy możliwości, bo tam gdzie się pojawiały, tak jak Małysz, Sikora, Kowalczyk to medale zdobywaliśmy (aż cztery na Igrzyskach XXI wieku).

Jest jednak powód do optymizmu, bo dziś te możliwości mamy chyba większe niż kiedykolwiek. A te możliwości i polskie szanse pochodzą z maleńkiej Kasiny Wielkiej, która ma szanse wnieść do historii polskich zimowych sukcesów olimpijskich więcej niż wszystkie inne polskie miejscowości razem wzięte przez niemal całe stulecie olimpijskiej zabawy.

 

A jeśli ktoś chciałby znaleźć jeszcze nasze inne szanse medalowe, a(ale takie realne, a nie życzeniowe) to zachęcam poniżej do przejrzenia naszej kadry na XXI Igrzyska w Vancouver.



BIATLON: Paulina Bobak, Agnieszka Cyl, Magdalena Gwizdoń, Weronika Nowakowska, Krystyna Pałka, Tomasz Sikora, Łukasz Szczurek.

ŁYŻWIARSTWO FIGUROWE: Anna Jurkiewicz (solistka), Joanna Sulej i Mateusz Chruściński (para sportowa), Przemysław Domański (solista).

ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE: Tor krótki - Paula Bzura, Patrycja Maliszewska, Jakub Jaworski. Tor długi - Katarzyna Bachleda-Curuś, Natalia Czerwonka, Katarzyna Woźniak, Luiza Złotkowska, Maciej Biega, Zbigniew Bródka, Sławomir Chmura, Sebastian Druszkiewicz, Konrad Niedźwiedzki, Maciej Ustynowicz.

NARCIARSTWO: Skicross - Karolina Riemen. Narciarstwo alpejskie - Agnieszka Gąsienica-Daniel. Skoki narciarskie - Stefan Hula, Adam Małysz, Krzysztof Miętus, Łukasz Rutkowski, Kamil Stoch. Biegi narciarskie - Sylwia Jaśkowiec, Justyna Kowalczyk, Kornelia Marek, Paulina Maciuszek, Maciej Kreczmer, Janusz Krężelok.

SNOWBOARD: Snowcross - Maciej Jodko. Halfipipe - Paulina Ligocka, Michał Ligocki.

SANECZKARSTWO: Saneczkarstwo lodowe - Maciej Kurowski, Ewelina Staszulonek.

BOBSLEJE*: Dawid Kupczyk, Paweł Mróz, Marcin Niewiara, Marcin Płacheta, Michał Zblewski.

*prawo startu ma czterech. Ostateczną decyzję podejmie Polski Związek Sportów Saneczkowych.

komentarze (2)

W polskim portalu pogodowym temperatura dla Khorat w dniu meczu z Dania wynosila 23 stopni. Na boisku bylo 33. "Mała" nieścisłość, ale czyni sporą różnicę. A tych różnic z perspektywy Khorat czytając polską prasę widzę znacznie wiecej.

Mit nr 1. Czytam "Od nieoczekiwanych problemów rozpoczął się pobyt reprezentacji Polski w Tajlandii. W związku z kłopotami dotyczącymi tajskich wiz Polacy zostali zatrzymani na lotnisku. Jak informuje (przez uprzejmość nie napisze kto), Polacy po wylądowaniu w Bangkoku musieli wypełniać dodatkowe formularze wizowe, mimo że w ich paszportach znajdowały się wizy wydane przez ambasadę Tajlandii. Według relacji (...) niepotrzebne zamieszanie wywołali strażnicy graniczni."

Fakt nr 1. Nikt nie mial w paszporcie tajlandzkiej wizy. Wręcz wiele osób w ostatniej chwili robiło do wiz zdjęcia na Okęciu. A zdjęcia były robione w asyście co najmniej kilkunastu dziennikarzy. Na lotnisku w Bangkoku wszyscy wypełnili wnioski wizowe, przewodnik zebrał paszporty kadry i po 40-50 minutach oddał z wizami. Normalna formalność. Pamiętajmy, że jestesmy w Azji, nie w Niemczech, tu każda sprawa trwa troche dłużej - półtorej minuty na jednego członka kadry i osób towarzyszących to i tak niezły wynik.

Nr 2. "Podczas pierwszego oficjalnego treningu Franciszek Smuda miał problemy z komunikacją z piłkarzami (informuje ...). Tajscy organizatorzy zaczęli testować nagłośnienie stadionu. Robili to na tyle skutecznie, że Franciszka Smudy już nikt nie słyszał. To nie koniec, pojawił się kolejny kłopot. Tym razem z oświetleniem. Jupitery zaczęły przygasać, a nikt nie był wstanie znaleźć odpowiedzialnej za to osoby. Sytuacja była na tyle niekomfortowa, że piłkarze nie widzieli piłki. Po pewnym czasie wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Muzyka przycichła, a oświetlenie zaczęło działać."

 

Generalnie była muzyka i światła i .... ciesze się dobrym słuchem, bo z 40 metrów słyszałem Franciszka Smudę ( co więcej zawodnicy też go słyszeli). Ale jak opisujemy takie szczegóły to trzeba dodać też, że słychać było też czasem klakson obok stadionu i rozmowy Tajów na trybunach. Rzeczywiście "organizacyjny skandal". A piłki nie widzieli zawodnicy, ale ... Tajlandii, bo wtedy ich nie było na boisku. Natomiast każdy kto na boisku był, albo też siedział na trybunach widziałby piłkę nie tylko "do nogi", ale i do tenisa.

 

 

Nr 3. "O kolejnym organizatorskim "majstersztyku" przedstawiciele polskiej reprezentacji dowiedzieli się w miniony piątek.  Otóż zostali oni poinformowani, że oficjalne rozpoczęcie turnieju zaplanowane jest na... poniedziałek. I nic, że w niedziele rozegrano pierwsze mecze." O terminie oficjalnego rozpoczęcia turnieju kadra wiedziała od początku przylotu. Wiedziały o tym zresztą też inne reprezentacje, władze miasta i zaproszeni goście oraz szefowie delegacji PZPN.

 

 

Nr 4. "Dużo gorzej wygląda sytuacja z gastronomią. Jeśli ktoś zastanawia się nad tym, dlaczego reprezentacje wożą ze sobą osobistego kucharza, to w Tajlandii można znaleźć odpowiedź. - Kuchnia w hotelu nie wygląda dramatycznie. Choć myślę, że europejczycy zamknęliby ją - mówi Tomasz Leśniak. Tomasz był z reprezentacją w tak dzikich krajach, jak m.in. Austria i Niemcy. A zabierany jest dlatego, że bez względu na kraj piłkarzy obowiązuje określona dieta, którą ktoś musi nadzorować, podobnie jak treningi trener i w Polsce juś od wielu lat doszliśmy do wniosku, że nikt tak nie dopilnuje posiłków jak rodzimy kucharz. A to, że w Polsce czy Niemczech zamknęliby taką kuchnie - oczywiście i z prostej przyczyny - bo tu kucharze nie mają książeczek Sanepidu. W Tajlandii nie ma takiego obowiązku.

 

To tylko drobne różnice. Ale skoro życie składa się z drobiazgów, to może warto o tym pamietać. Zwłaszcza w kontekście ostatniego meczu z Tajlandią, gdzie sędzia z Tanzanii też pokazał drobne różnice w postrzeganiu sytuacji na boisku, a jak było to akurat wszyscy widzieli.

komentarze (4)

"Zapłacili za 3:0 to bedzie 3:0. Ja jestem uczciwym sędzią" - ten tekst z "Piłkarskiego pokera" chyba pamiętają wszyscy kibice. Jak się okazuje uczciwi sędziowie to nie tylko polska specjalność. Tym razem całą "grupę wrocławską" zawstydził sędzia z Tanzanii. Nawet Tajowie na trybunach śmiali się, że zapłacili za dwa karne i dlatego trzeba było karnego powtórzyć. A że w pierwszym meczu przeciwko Singapurowi był tylko jeden karny, a ostatni mecz dla gospodarzy będzie najważniejszy, stawiam że przeciwko Duńczykom tym razem będą trzy karne, nawet jak faul będzie na środku boiska.

 

Inną formą pomocy gospodarzom może być czerwona karta dla Duńczyka za to że np. szybko biega. Przypomnijmy Peszko dostał czerwoną kartkę, bo .... wolno wstawał. "Nic nie powiedziałem sędziemu - powiedział po meczu Peszko - miałem już przecież żółtą kartę i po faulu po prostu wstawałem, ale sędzia uznał, że za wolno. A jak miałem się zrywać po bolesnym faulu". Inni zawodnicy pytani o sędziego zbywali sprawę śmiechem i nawet się nie denerwowali. W zgodnej ocenie uznali, jednak, że w Polsce spotykali sie z podobnymi arbitrami, więc afrykańskie metody ich nie zaskoczyły. "To, że sędzia będzie stronniczy widziałem już po pierwszym spotkaniu gospodarzy - mówi Franciszek Smuda - dlatego uczulałem zawodników, by uważali w swoim polu karnym i nie dali się sprowokować ani też dyskutować z sędzią. Bo każda taka sytuacja może być wykorzystana przeciwko nam i tak się stało".

Sędzia nie zaskoczył, ale zaskoczyli Tajowie. "Takich słabych gospodarzy się nie spodziewaliśmy. W telewizji wyglądali znacznie lepiej - mówi Smuda - Z drugiej strony według mnie jak na dzisiejszy skład i poziom zgrania zagraliśmy bardzo dobre spotkanie. Widziałem już myśl w tych akcjach. To co przerabialiśmy na treningach dało pierwsze rezultaty i jestem bardzo zawodolony z tych kilku dni, które zmieniły reprezentacje. To pokazuje jak wiele można zrobić na kilku treningach. I gdybyśmy dziś wyszli przeciwko Danii mecz wygladałby zupełnie inaczej. Przyznawał to zresztą sam trener Duńczyków, który mowił mi, że cieszy się, iż Polska wyszła na mecz zmęczona, a nie grała z Danią po kilku trenigach." Wiarę w swoje umiejetności prezentowali też kibice, których na mieszczacym 22 tysiące ludzi obiekcie pojawiło się około 25 tysięcy. Wszyscy chcieli zobaczyć zwycięstwo, bo Polska w ich mediach to ta słabsza europejska drużyna. Trzeba przyznać, że ogłuszający doping i meksykańska fala trzymała się na trybunach dosyć długo i dopiero po trzeciej bramce kibice gospodarzy zaczęli masowo opuszczać trybuny. Ci, którzy zostali, nie żałowali, czerwona kartka dla Peszki i dwa rzuty karne pozwoliły im pójść w miasto z humorem.
Teraz białoczerwonych czeka mecz z Singapurem, który nie ukrywajmy, stoi piłkarsko najwyżej na poziomie San Marino. Choć i z San Marino potrafiliśmy się męczyć, to jednak jako kibic oczekiwałbym raczej efektownego zwycięstwa. I takiego się spodziewam jutro.

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Thailand to kraj wolnych ludzi. Jednak na boisku okazuje się, że wolni Tajowie biegają bardzo szybko i w meczu przeciwko Polsce ich atutem będzie właśnie szybkość. Gdy popatrzymy na ostatni ranking FIFA wydaje się, że faworytem są białoczerwoni (58), a nie gospodarze (105). Inaczej jednak uważa Franciszek Smuda, który na dzisiejszym treningu na boisku uniwersyteckim w Khorat powiedział, że faworytem są gospodarze. "Są w środku sezonu, grają ważne mecze w Pucharze Azji i nie ma mowy, żeby nas nie zabiegali - mówi Franz - ich atutem jest też znakomita dyscyplina i zgranie, bo my spotkamy się z pierwszą drużyną kraju. Brakuje im zaledwie kilku podstawowych zawodników grających w ligach zagranicznych."  Pamiętajmy, że prowadzi ich nie byle kto bo Bryan Robson (autor najszybciej strzelonego gola na mundialu  - w 1982 strzelił bramkę Francuzom już po 27 sekundach gry - choć na razie trener bez dużych sukcesów) To zresztą już trzeci z rzędu angielski selekcjoner Tajów, więc kultura gry gospodarzy jest bliższa europejskiej niż była jeszcze kilka lat temu. W dodatku Tajlandczycy, którzy grają przed własną, bardzo żywiołowo reagującą publicznością, bardzo poważnie podchodzą do turnieju, który dla nich jest bardzo prestiżowy, przede wszystkim ze względu na patrona, ukochanego tu przez naród króla. Jak mówi Su, tłumaczka kadry, piłka choć nie jest sportem narodowym, to jednak jest bardzo popularna a wyniki reprezentacji, są chlubą bądź powodem do wstydu dla milionów kibiców. Stawka dla zawodników i trenera gospodarzy plus oczekiwania kibiców podnosza presję. A ta odciska się też na sędziach, którzy pokazali się już z nienajlepszej strony w meczu z Singapurem, pomagając w zwycięstwie miejscowym. To zaś oznacza, że Smuda obawia się o wynik, choć cały czas podkreśla, że nie przyjechał tu dla zwyciestw, ale by przyjrzeć się z bliska wybranym zawodnikom. "Na tym etapie przygotowań chciałbym aby nasi zawodnicy wytrzymali dłużej niż w meczu z Danią - mówi Franz - dłużej czyli jakieś 60 minut. Bo na wiecej na tym etapie przygotowań nie da się zagrać na pełnych obrotach."

 kibice Tajlandiikibice Tajlandii

Z drugiej strony trener musi wiedzieć, że nawet na etapie selekcji kibice chcą wyników, bo nikt nie będzie na żywo oglądał meczów przegrywającej raz za razem drużyny.

komentarze (2)

Panie Achmend kończ Pan ten mecz!!!! Wszyscy znają ten okrzyk i chyba wszyscy pamiętają ten jeden z największych sukcesów Franciszka Smudy. W niedzielne tajlandzkie popołudnie Duńczycy wreszcie wzieli rewanż. Choć ten rewanż nie ma smaku. Wtedy stawką była Liga Mistrzów. Teraz stawką jest ...., no właśnie co? Praktycznie nic. To jak wygranie zakładu o  ... przekonanie. I jakoś nie dziwię się trenerowi, który na pytanie: Jak Pan ocenia ten mecz? Mówi - jestem zadowolony.

F. Smuda

Jak to? przegraliśmy z Danią a trener zadowolony? Słońce, zatrucie pokarmowe, brak ambicji?

Nic z tych rzeczy. Franz nie przyjechał tu wygrać Pucharu Króla (choć oczywiście najchętniej wygrałby z każdym po 5 do 0). Jego zadaniem jest wstępna selekcja i wybranie składu, który zagra za rok, może za dwa. "Nie chce analizować gry na podstawie fragmentów ligowych występów. Chce się przyjrzeć zawodnikom z bliska, porozmawiać z nimi, dotknąć ich i wiedzieć czego mogę po nich oczekiwać, nie dziś, ale za pół roku, rok. To jest ważniejsze niż wynik - mówi Smuda - Już dziś na parę pytań sobie mogę odpowiedzieć. Ale do tego potrzeba żywego meczu, nie Piasta z Bełchatowem, ale Reprezentacji. Bo to, że ktoś się wyróżnia w klubie wcale nie musi sprawdzić się w kadrze. I do tego te trzy mecze są niezbędne. Ja swoje wnioski mam i jestem z obserwacji zadowolony". Ci, którzy mecz oglądali chyba nie mogli by podpowiedzieć trenerowi, kto z nowych zasłużył na dalsze szanse, bo i trudno dziś o zachwyty. A co na to trener "na razie sprawdzili się ci, których klasę już znamy: Robert Lewandowski, "Peszek" . Nieźle zagrał Maciek Iwański, a i "Ryba" się pokazał. Ale ich już znamy.  Ja się muszę przyjrzeć uważnie Łukaszowi Mierzejewskiemu, bo tego chłopaka trudno ograć i w kadrze na jego pozycji widziałem gorszych." Kiedy mówimy o obronie patrzymy też na bramkę. Tu zaś Jacek Kazimierski, trener bramkarzy mówi "Z bramkarzami nie ma kłopotu, a Pawełek zasłużył na powołanie, a że zagrał jak zagrał. Parę interwencji miał udanych". Ale pamietamy, że pare też nie.

A jeśli ktoś ma swoje odkrycie meczu, aebo swojego zawodnika, którego lepiej już nie powoływać to zapraszam do wyrażenia opiniii, a Wasz zdanie na pewno przekażę trenerowi. Ciekawe co on na to?

F. Smuda

 

komentarze (3)
sport , wpisów: 39

Jarosław Kończak

Z wykształcenia jestem dziennikarzem, politologiem (tu nawet udało mi się obronić doktorat i książkę...







więcej

Aukcja flagi z autografami medalistów olimpijskich

09.03.2010

Namawiam wszystkich do...

Internet jest kobietą

08.03.2010

Internet jest kobietą! To...

Już rok działa 116 000 - Telefon w Sprawie Zaginionego Dziecka

05.03.2010

5 marca 2009 - równo...

Kolejny blog telekomunikacyjny

09.03.2010

Wczoraj...

Od piątku neo z tv w wyższych prędkościach

08.03.2010

Wielokrotnie pytaliście,...

Wymiana i tranzyt ruchu IP nie będą regulowane

05.03.2010

Zdaniem Komisji użytkownicy...

Cóż to jest ten peering?

08.03.2010

W ostatnim czasie na forum...

TP vs ATM

04.03.2010

Serwery Treści są...

Stacjonarno-komórkowe „wash&go”

02.03.2010

Nowa propozycja...

newsletter

kalendarium