blog sportowy

o sporcie, sponsoringu i marketingu sportowym

sport , wpisów: 31

O samym losowaniu w Warszawie nie ma co pisać. Kulki, znani panowie w roli sierotek, żadnej Charlize Theron na ekranie i dla nas zero emocji, choćby takich jakich doświadczyli kierowcy, którzy zaparkowali blisko Sali Kongresowej, co powodowało przymusową wycieczkę ich samochodu na parking Straży Miejskiej. A efekt tej pracy :

Grupa A: Azerbejdżan, Kazachstan, Belgia, Austria, Turcja, Niemcy
Grupa B: Andora, Armenia, Macedonia, Irlandia, Słowacja, Rosja
Grupa C: Wyspy Owcze, Estonia, Słowenia, Irlandia Płn., Serbia, Włochy
Grupa D: Luksemburg, Albania, Białoruś, Bośnia-Hercegowina, Rumunia, Francja
Grupa E: San Marino, Mołdawia, Węgry, Finlandia, Szwecja, Holandia
Grupa F: Malta, Gruzja, Łotwa, Izrael, Grecja, Chorwacja
Grupa G: Czarnogóra, Walia, Bułgaria, Szwajcaria, Anglia
Grupa H: Islandia, Cypr, Norwegia, Dania, Portugalia
Grupa I: Liechtenstein, Litwa, Szkocja, Czechy, Hiszpania

Tu można by pisać tomy, kto ma większe szanse, porównując statystyki, dotychczasowe osiągnięcia. Można zauważyć mecze z podstekstem politycznym (Niemcy-Turcja), historycznym (Finlandia-Szwecja), (Anglia-Walia). itd. itp. Jednak jak weźmiemy na tapetę tylko sport to okaże się, że przynajmniej dzisiaj nie widać tu jakiejś specjalnej grupy śmierci, czy pojedynków, które elektryzować będą całą Europę. Oczywiście dzięki koszykom, z których losowano zespoły nikt się też cudów nie spodziewał. A jak będzie, zobaczymy już od 3 września br., kiedy rozpoczynają się eliminacje. A o efektach porozmawiamy 15 listopada 2011, kiedy zakończą się baraże. Faworyci są znani i i ich określa najlepszy koszyk, a kto jeszcze  - nie będę się bawił we wróżby, bo dzisiejsza wartość drużyny, wcale nie musi przełożyć się na to jak będzie się prezentowała za rok, czy półtora (oby było też tak z Polską ). Ja tylko przypomnę, że w eliminacjach do MŚ 2010 ta łatwa grupa to była nasza grupa, z której wyjść miały Czechy a Polska miała być druga.

Jak się jednak okazuje dla nas najciekawsze rzeczy podczas losowania działy się w kuluarach. I teraz mamy hit: Polska zagra z mistrzami Europy Hiszpanami., Tak zgodnie powiedzieli  Grzegorz Lato i szkoleniowiec Hiszpanii Vicente del Bosque. Spotkanie na być rozegrane 8 czerwca w Madrycie tuż przed wyjazdem do RPA (my też wyjeżdżamy po tym meczu ... ale na wakacje). I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pewien tytuł prasowy "Jak Smuda ma spaść, to z hiszpańskiego konia". A dlaczego ma spaść, i czy ten koń jest naprawdę taki narowisty, że przy upadku można się połamać? Przecież dla MŚ ten mecz to będzie sparing, gdzie poćwiczą trochę założeń taktycznych, Hiszpania przed wyjazdem będzie grała na ćwierć gwizdka, a nie na pół. Nikt się nie poświęci i najważniejsze będzie aby uniknąć kontuzji w przededniu MŚ. Tak więc hiszpański kucyk konia tym razem przypominać nie będzie i nikt tez z niego nie spadnie. Musimy jednak pamiętać, że nawet kucyk przebierać nóżkami potrafi i z jego umiejętnościami nawet na ćwierć gwizdka potrafi strzelić bramki. A dla naszej, budowanej na Euro 2012 drużyny, będzie to duża szansa, żeby zobaczyć, że Ci po drugiej stronie boiska to nie nadludzie, ale ludzie tylko mówiący innym językiem. A ta wiedza się przyda, bo patrząc jeszcze raz na losowanie eliminacji ME 2012, podczas tej imprezy nie zabraknie faworytów i raczej nie unikniemy w grupie drużyn pokroju Hiszpanii, Niemiec czy Chorwacji. I nie będą to wtedy mecze towarzyskie.

 

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Interesuję się piłką ręczną w podobnym stopniu jak większość Polaków, czyli średnio. Podobnie też jak większość kibiców moje zainteresowanie  w ubiegłym tygodniu ruszyło w górę, a nadzieja na prestiżowy sukces przykuła mnie do telewizora . Pomiędzy meczami czytałem w prasie, "będziemy mieć medal, ale jaki", "Polska jedynym z faworytów", "Wszyscy boją się Polaków", etc. A później ... Francja, Chorwacja, Islandia i auf wiedersehen.  To przypomniało mi auf wiedersehen z czerwca 2008, ale wtedy nastąpiło ono błyskawicznie i wtedy wracaliśmy w poczuciu wstydu, klęski. Teraz wracamy źli, wkurzeni, trochę niespełnieni, ale też dumni, że choć przegraliśmy medal zyskaliśmy szacunek na piłkarsko-ręcznej mapie Europy. Za tych kilka dni nadzieji, za serce i walkę mogę tylko podziękować. I po tych mistrzostwach wiem też jedno, słowo Szmal nie będzie mi się kojarzyło już tylko z pieniędzmi.

A jak mowa o Szmalu i szmalu to ciekawy jestem czy ten sukces przyniesie kolegom Szmala, a więc Reprezentacji nie tylko trochę splendoru ale też trochę szmalu dla samych zawodników i szmalu na rozwój dyscypliny. Pamiętamy, że jeszcze w październiku ubiegłego roku  zgodnym chórem zawodnicy i trener wystąpili przeciwko władzom Związku Piłki Ręcznej pisząc w liście otwartym m.in. "Z głębokim ubolewaniem patrzymy jednak na poczynania Polskiego Związku, który ewidentnie nie szanuje naszej pracy, który nie potrafi wykorzystać naszych sukcesów do popularyzacji i promocji dyscypliny. Polski Związek Piłki Ręcznej nadal sprawia wrażenie, jakby nasz sukces przerastał możliwości organizacyjne ludzi tam pracujących." Po tym apelu udało się znaleźć sponsora kadry. Teraz "niestety" sami zawodnicy podnieśli poprzeczkę bo osiągnęli historyczny sukces.  Piłka była na boisku, teraz piłka wraca do gabinetów. Ciekawy jestem jak tam zostanie rozegrana.

I na koniec jeszcze raz wracam na boisko i składam gratulacje dla Bogdana Wenty. Ale nie tylko za to co osiągnął z drużyną, ale za to co publicznie mówi o sędziowaniu. "Sport jest, był i będzie, dla mnie najważniejszą częścią mojego życia. Wczoraj zabrano nam obraz mówiący o czystości tego sportu, jakim jest piłka ręczna. Przed każdym meczem na tej hali kapitanowie obu drużyn proszą o wsparcie, fair play, doping, czystość gry. Dla wszystkich – kibiców, zawodników, sędziów. Pytam się - po co?"  Ciekawie co na pytania Wenty odpowie Europejska Federacja Piłki Ręcznej. Może zachowa się inaczej niż europejska federacja w innej odmianie piłki, która nagminnie w takich sytuacjach karze zawodnika lub trenera, a nagradza sędziego.

 

 

komentarze (3)

Podczas XXI Igrzysk w Vancouver Polskę będzie reprezentować 46 sportowców. Do Kanady pojedzie też 50 trenerów, serwismenów lekarzy i prezesów związków, sześć osób z misji olimpijskiej, dwie z misji medycznej oraz prezesa i sekretarza generalnego PKOl. W sumie przywieziemy 106 osób, trochę sprzętu i patrząc po Prezesie Nurowskim sporą dawkę humoru. Teraz tylko pytanie, co przywieziemy z Vancouver?

Patrząc na Polskę  - geograficznie - na świecie jest najwyżej kilkanaście zimniejszych krajów niż nasz, a kilkanaście o podobnym, zimnym klimacie. Reszta z ponad 200 krajów i terytoriów zależnych to państwa, które zimę znają zazwyczaj z opowieści lub zagląda do nich ona raczej rzadko. W dodatku jesteśmy wyjątkowo ludnym krajem, który w przybliżeniu ma tylu mieszkańców ile cała Skandynawia razem wzięta. Gdybym był ufoludkiem i spojrzał na te dane to uznałbym Polskę za faworyta porównywalnego z USA, Kanadą i Rosją. A, że nie jestem z Marsa to popatrzę na nasze historyczne sukcesy.

I historia nie powala włożyć różowych okularów. Za nami już XX Igrzysk Zimowych, na których zdobyliśmy 8 medali, co daje 0,4 medalu na każdą imprezę. Nie wiem jak inni, ale ja jako człowiek północy, mogę się tylko po takich danych zarumienić, co niniejszym czynię. I nie da się powiedzieć, że nie mamy szczęścia, patrz złoty (jedyny) medal Fortuny. Raczej powiem szczerze nie mamy możliwości, bo tam gdzie się pojawiały, tak jak Małysz, Sikora, Kowalczyk to medale zdobywaliśmy (aż cztery na Igrzyskach XXI wieku).

Jest jednak powód do optymizmu, bo dziś te możliwości mamy chyba większe niż kiedykolwiek. A te możliwości i polskie szanse pochodzą z maleńkiej Kasiny Wielkiej, która ma szanse wnieść do historii polskich zimowych sukcesów olimpijskich więcej niż wszystkie inne polskie miejscowości razem wzięte przez niemal całe stulecie olimpijskiej zabawy.

 

A jeśli ktoś chciałby znaleźć jeszcze nasze inne szanse medalowe, a(ale takie realne, a nie życzeniowe) to zachęcam poniżej do przejrzenia naszej kadry na XXI Igrzyska w Vancouver.



BIATLON: Paulina Bobak, Agnieszka Cyl, Magdalena Gwizdoń, Weronika Nowakowska, Krystyna Pałka, Tomasz Sikora, Łukasz Szczurek.

ŁYŻWIARSTWO FIGUROWE: Anna Jurkiewicz (solistka), Joanna Sulej i Mateusz Chruściński (para sportowa), Przemysław Domański (solista).

ŁYŻWIARSTWO SZYBKIE: Tor krótki - Paula Bzura, Patrycja Maliszewska, Jakub Jaworski. Tor długi - Katarzyna Bachleda-Curuś, Natalia Czerwonka, Katarzyna Woźniak, Luiza Złotkowska, Maciej Biega, Zbigniew Bródka, Sławomir Chmura, Sebastian Druszkiewicz, Konrad Niedźwiedzki, Maciej Ustynowicz.

NARCIARSTWO: Skicross - Karolina Riemen. Narciarstwo alpejskie - Agnieszka Gąsienica-Daniel. Skoki narciarskie - Stefan Hula, Adam Małysz, Krzysztof Miętus, Łukasz Rutkowski, Kamil Stoch. Biegi narciarskie - Sylwia Jaśkowiec, Justyna Kowalczyk, Kornelia Marek, Paulina Maciuszek, Maciej Kreczmer, Janusz Krężelok.

SNOWBOARD: Snowcross - Maciej Jodko. Halfipipe - Paulina Ligocka, Michał Ligocki.

SANECZKARSTWO: Saneczkarstwo lodowe - Maciej Kurowski, Ewelina Staszulonek.

BOBSLEJE*: Dawid Kupczyk, Paweł Mróz, Marcin Niewiara, Marcin Płacheta, Michał Zblewski.

*prawo startu ma czterech. Ostateczną decyzję podejmie Polski Związek Sportów Saneczkowych.

 

komentarze (2)

W polskim portalu pogodowym temperatura dla Khorat w dniu meczu z Dania wynosila 23 stopni. Na boisku bylo 33. "Mała" nieścisłość, ale czyni sporą różnicę. A tych różnic z perspektywy Khorat czytając polską prasę widzę znacznie wiecej.

Mit nr 1. Czytam "Od nieoczekiwanych problemów rozpoczął się pobyt reprezentacji Polski w Tajlandii. W związku z kłopotami dotyczącymi tajskich wiz Polacy zostali zatrzymani na lotnisku. Jak informuje (przez uprzejmość nie napisze kto), Polacy po wylądowaniu w Bangkoku musieli wypełniać dodatkowe formularze wizowe, mimo że w ich paszportach znajdowały się wizy wydane przez ambasadę Tajlandii. Według relacji (...) niepotrzebne zamieszanie wywołali strażnicy graniczni."

Fakt nr 1. Nikt nie mial w paszporcie tajlandzkiej wizy. Wręcz wiele osób w ostatniej chwili robiło do wiz zdjęcia na Okęciu. A zdjęcia były robione w asyście co najmniej kilkunastu dziennikarzy. Na lotnisku w Bangkoku wszyscy wypełnili wnioski wizowe, przewodnik zebrał paszporty kadry i po 40-50 minutach oddał z wizami. Normalna formalność. Pamiętajmy, że jestesmy w Azji, nie w Niemczech, tu każda sprawa trwa troche dłużej - półtorej minuty na jednego członka kadry i osób towarzyszących to i tak niezły wynik.

Nr 2. "Podczas pierwszego oficjalnego treningu Franciszek Smuda miał problemy z komunikacją z piłkarzami (informuje ...). Tajscy organizatorzy zaczęli testować nagłośnienie stadionu. Robili to na tyle skutecznie, że Franciszka Smudy już nikt nie słyszał. To nie koniec, pojawił się kolejny kłopot. Tym razem z oświetleniem. Jupitery zaczęły przygasać, a nikt nie był wstanie znaleźć odpowiedzialnej za to osoby. Sytuacja była na tyle niekomfortowa, że piłkarze nie widzieli piłki. Po pewnym czasie wszyscy mogli odetchnąć z ulgą. Muzyka przycichła, a oświetlenie zaczęło działać."

Generalnie była muzyka i światła i .... ciesze się dobrym słuchem, bo z 40 metrów słyszałem Franciszka Smudę ( co więcej zawodnicy też go słyszeli). Ale jak opisujemy takie szczegóły to trzeba dodać też, że słychać było też czasem klakson obok stadionu i rozmowy Tajów na trybunach. Rzeczywiście "organizacyjny skandal". A piłki nie widzieli zawodnicy, ale ... Tajlandii, bo wtedy ich nie było na boisku. Natomiast każdy kto na boisku był, albo też siedział na trybunach widziałby piłkę nie tylko "do nogi", ale i do tenisa.

Nr 3. "O kolejnym organizatorskim "majstersztyku" przedstawiciele polskiej reprezentacji dowiedzieli się w miniony piątek.  Otóż zostali oni poinformowani, że oficjalne rozpoczęcie turnieju zaplanowane jest na... poniedziałek. I nic, że w niedziele rozegrano pierwsze mecze." O terminie oficjalnego rozpoczęcia turnieju kadra wiedziała od początku przylotu. Wiedziały o tym zresztą też inne reprezentacje, władze miasta i zaproszeni goście oraz szefowie delegacji PZPN.

Nr 4. "Dużo gorzej wygląda sytuacja z gastronomią. Jeśli ktoś zastanawia się nad tym, dlaczego reprezentacje wożą ze sobą osobistego kucharza, to w Tajlandii można znaleźć odpowiedź. - Kuchnia w hotelu nie wygląda dramatycznie. Choć myślę, że europejczycy zamknęliby ją - mówi Tomasz Leśniak. Tomasz był z reprezentacją w tak dzikich krajach, jak m.in. Austria i Niemcy. A zabierany jest dlatego, że bez względu na kraj piłkarzy obowiązuje określona dieta, którą ktoś musi nadzorować, podobnie jak treningi trener i w Polsce juś od wielu lat doszliśmy do wniosku, że nikt tak nie dopilnuje posiłków jak rodzimy kucharz. A to, że w Polsce czy Niemczech zamknęliby taką kuchnie - oczywiście i z prostej przyczyny - bo tu kucharze nie mają książeczek Sanepidu. W Tajlandii nie ma takiego obowiązku.

To tylko drobne różnice. Ale skoro życie składa się z drobiazgów, to może warto o tym pamietać. Zwłaszcza w kontekście ostatniego meczu z Tajlandią, gdzie sędzia z Tanzanii też pokazał drobne różnice w postrzeganiu sytuacji na boisku, a jak było to akurat wszyscy widzieli.

komentarze (4)

"Zapłacili za 3:0 to bedzie 3:0. Ja jestem uczciwym sędzią" - ten tekst z "Piłkarskiego pokera" chyba pamiętają wszyscy kibice. Jak się okazuje uczciwi sędziowie to nie tylko polska specjalność. Tym razem całą "grupę wrocławską" zawstydził sędzia z Tanzanii. Nawet Tajowie na trybunach śmiali się, że zapłacili za dwa karne i dlatego trzeba było karnego powtórzyć. A że w pierwszym meczu przeciwko Singapurowi był tylko jeden karny, a ostatni mecz dla gospodarzy będzie najważniejszy, stawiam że przeciwko Duńczykom tym razem będą trzy karne, nawet jak faul będzie na środku boiska.

Inną formą pomocy gospodarzom może być czerwona karta dla Duńczyka za to że np. szybko biega. Przypomnijmy Peszko dostał czerwoną kartkę, bo .... wolno wstawał. "Nic nie powiedziałem sędziemu - powiedział po meczu Peszko - miałem już przecież żółtą kartę i po faulu po prostu wstawałem, ale sędzia uznał, że za wolno. A jak miałem się zrywać po bolesnym faulu". Inni zawodnicy pytani o sędziego zbywali sprawę śmiechem i nawet się nie denerwowali. W zgodnej ocenie uznali, jednak, że w Polsce spotykali sie z podobnymi arbitrami, więc afrykańskie metody ich nie zaskoczyły. "To, że sędzia będzie stronniczy widziałem już po pierwszym spotkaniu gospodarzy - mówi Franciszek Smuda - dlatego uczulałem zawodników, by uważali w swoim polu karnym i nie dali się sprowokować ani też dyskutować z sędzią. Bo każda taka sytuacja może być wykorzystana przeciwko nam i tak się stało".

Sędzia nie zaskoczył, ale zaskoczyli Tajowie. "Takich słabych gospodarzy się nie spodziewaliśmy. W telewizji wyglądali znacznie lepiej - mówi Smuda - Z drugiej strony według mnie jak na dzisiejszy skład i poziom zgrania zagraliśmy bardzo dobre spotkanie. Widziałem już myśl w tych akcjach. To co przerabialiśmy na treningach dało pierwsze rezultaty i jestem bardzo zawodolony z tych kilku dni, które zmieniły reprezentacje. To pokazuje jak wiele można zrobić na kilku treningach. I gdybyśmy dziś wyszli przeciwko Danii mecz wygladałby zupełnie inaczej. Przyznawał to zresztą sam trener Duńczyków, który mowił mi, że cieszy się, iż Polska wyszła na mecz zmęczona, a nie grała z Danią po kilku trenigach." Wiarę w swoje umiejetności prezentowali też kibice, których na mieszczacym 22 tysiące ludzi obiekcie pojawiło się około 25 tysięcy. Wszyscy chcieli zobaczyć zwycięstwo, bo Polska w ich mediach to ta słabsza europejska drużyna. Trzeba przyznać, że ogłuszający doping i meksykańska fala trzymała się na trybunach dosyć długo i dopiero po trzeciej bramce kibice gospodarzy zaczęli masowo opuszczać trybuny. Ci, którzy zostali, nie żałowali, czerwona kartka dla Peszki i dwa rzuty karne pozwoliły im pójść w miasto z humorem.
Teraz białoczerwonych czeka mecz z Singapurem, który nie ukrywajmy, stoi piłkarsko najwyżej na poziomie San Marino. Choć i z San Marino potrafiliśmy się męczyć, to jednak jako kibic oczekiwałbym raczej efektownego zwycięstwa. I takiego się spodziewam jutro.

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Thailand to kraj wolnych ludzi. Jednak na boisku okazuje się, że wolni Tajowie biegają bardzo szybko i w meczu przeciwko Polsce ich atutem będzie właśnie szybkość. Gdy popatrzymy na ostatni ranking FIFA wydaje się, że faworytem są białoczerwoni (58), a nie gospodarze (105). Inaczej jednak uważa Franciszek Smuda, który na dzisiejszym treningu na boisku uniwersyteckim w Khorat powiedział, że faworytem są gospodarze. "Są w środku sezonu, grają ważne mecze w Pucharze Azji i nie ma mowy, żeby nas nie zabiegali - mówi Franz - ich atutem jest też znakomita dyscyplina i zgranie, bo my spotkamy się z pierwszą drużyną kraju. Brakuje im zaledwie kilku podstawowych zawodników grających w ligach zagranicznych."  Pamiętajmy, że prowadzi ich nie byle kto bo Bryan Robson (autor najszybciej strzelonego gola na mundialu  - w 1982 strzelił bramkę Francuzom już po 27 sekundach gry - choć na razie trener bez dużych sukcesów) To zresztą już trzeci z rzędu angielski selekcjoner Tajów, więc kultura gry gospodarzy jest bliższa europejskiej niż była jeszcze kilka lat temu. W dodatku Tajlandczycy, którzy grają przed własną, bardzo żywiołowo reagującą publicznością, bardzo poważnie podchodzą do turnieju, który dla nich jest bardzo prestiżowy, przede wszystkim ze względu na patrona, ukochanego tu przez naród króla. Jak mówi Su, tłumaczka kadry, piłka choć nie jest sportem narodowym, to jednak jest bardzo popularna a wyniki reprezentacji, są chlubą bądź powodem do wstydu dla milionów kibiców. Stawka dla zawodników i trenera gospodarzy plus oczekiwania kibiców podnosza presję. A ta odciska się też na sędziach, którzy pokazali się już z nienajlepszej strony w meczu z Singapurem, pomagając w zwycięstwie miejscowym. To zaś oznacza, że Smuda obawia się o wynik, choć cały czas podkreśla, że nie przyjechał tu dla zwyciestw, ale by przyjrzeć się z bliska wybranym zawodnikom. "Na tym etapie przygotowań chciałbym aby nasi zawodnicy wytrzymali dłużej niż w meczu z Danią - mówi Franz - dłużej czyli jakieś 60 minut. Bo na wiecej na tym etapie przygotowań nie da się zagrać na pełnych obrotach."

 kibice Tajlandiikibice Tajlandii

Z drugiej strony trener musi wiedzieć, że nawet na etapie selekcji kibice chcą wyników, bo nikt nie będzie na żywo oglądał meczów przegrywającej raz za razem drużyny.

komentarze (2)

Panie Achmend kończ Pan ten mecz!!!! Wszyscy znają ten okrzyk i chyba wszyscy pamiętają ten jeden z największych sukcesów Franciszka Smudy. W niedzielne tajlandzkie popołudnie Duńczycy wreszcie wzieli rewanż. Choć ten rewanż nie ma smaku. Wtedy stawką była Liga Mistrzów. Teraz stawką jest ...., no właśnie co? Praktycznie nic. To jak wygranie zakładu o  ... przekonanie. I jakoś nie dziwię się trenerowi, który na pytanie: Jak Pan ocenia ten mecz? Mówi - jestem zadowolony.

F. Smuda

Jak to? przegraliśmy z Danią a trener zadowolony? Słońce, zatrucie pokarmowe, brak ambicji?

Nic z tych rzeczy. Franz nie przyjechał tu wygrać Pucharu Króla (choć oczywiście najchętniej wygrałby z każdym po 5 do 0). Jego zadaniem jest wstępna selekcja i wybranie składu, który zagra za rok, może za dwa. "Nie chce analizować gry na podstawie fragmentów ligowych występów. Chce się przyjrzeć zawodnikom z bliska, porozmawiać z nimi, dotknąć ich i wiedzieć czego mogę po nich oczekiwać, nie dziś, ale za pół roku, rok. To jest ważniejsze niż wynik - mówi Smuda - Już dziś na parę pytań sobie mogę odpowiedzieć. Ale do tego potrzeba żywego meczu, nie Piasta z Bełchatowem, ale Reprezentacji. Bo to, że ktoś się wyróżnia w klubie wcale nie musi sprawdzić się w kadrze. I do tego te trzy mecze są niezbędne. Ja swoje wnioski mam i jestem z obserwacji zadowolony". Ci, którzy mecz oglądali chyba nie mogli by podpowiedzieć trenerowi, kto z nowych zasłużył na dalsze szanse, bo i trudno dziś o zachwyty. A co na to trener "na razie sprawdzili się ci, których klasę już znamy: Robert Lewandowski, "Peszek" . Nieźle zagrał Maciek Iwański, a i "Ryba" się pokazał. Ale ich już znamy.  Ja się muszę przyjrzeć uważnie Łukaszowi Mierzejewskiemu, bo tego chłopaka trudno ograć i w kadrze na jego pozycji widziałem gorszych." Kiedy mówimy o obronie patrzymy też na bramkę. Tu zaś Jacek Kazimierski, trener bramkarzy mówi "Z bramkarzami nie ma kłopotu, a Pawełek zasłużył na powołanie, a że zagrał jak zagrał. Parę interwencji miał udanych". Ale pamietamy, że pare też nie.

A jeśli ktoś ma swoje odkrycie meczu, aebo swojego zawodnika, którego lepiej już nie powoływać to zapraszam do wyrażenia opiniii, a Wasz zdanie na pewno przekażę trenerowi. Ciekawe co on na to?

F. Smuda

 

komentarze (3)

Puchar Króla

Tajwańska matematyka wygląda tak. 24 godziny podróży z Warszawy do Khorat. 16 godzin przewy w podróży w Bangkoku. 40 stopni różnicy temepatur pomiędzy Warszawą a Khorat. 6 godzin różnicy czasu. 1 trening. 90 minut na boisku treningowym. 90 minut meczu. 1 gol zdobyty, 3 stracone. Mógłbym jeszcze dodać ponad miesięczną przerwę w rozgrywkach ekstraklasy, liczbę debiutantów w składzie, czy zgranie zawodników, którzy w takiej konfiguracji w większości spotkali się po raz pierwszy.

Cel tej wyliczanki jest prosty. Pokazać dlaczego nie powinniśmy wygrać tego spotkania i dlaczego go nie wygraliśmy. Duńczycy są w Tajlandii od tygodnia i mają za sobą już tyle trenigów, ile nasza kadra będzie miała prawdopodobnie przez caly pobyt w drugim co do wielkości mieście w Tajlandii. na to wszystko a tak przy okazji, dlaczego Wisła Kraków tak intensywnie szuka bramkarza, w ciągu chyba roku próbowano już chyba ze 20 zmienników Mariusza). Dla mnie jednak największym pechowcem był Maciej Iwański, który w ostatnich minutach pierwszej połowy w ciągu dwóch sekund strzelił w słupek, dobijając na spółkę z bramkarzem Dani w poprzeczkę. A mogło być ....Oczywiście ta wyliczanka to nie jedyne powody przegranej. Niemniej nie są bez znaczenia i warto o tym pamiętać wspominając ten mecz. A najlepiej po prostu o tym szybko zapomnijmy bo i pamiętać nie ma czego.

Teraz turniej zaczyna mi przypominać nasze ostatnie ME i MŚ. Pierwszy mecz jest najważniejszy, drugi gramy o wszystko, a trzeci o honor. Póki co mamy jednak szanse powtórzyć a nawet poprawić sukces Polonii Warszawa, która w 1981 roku zajęła na Pucharze Króla trzecie miejsce. Ale wtedy było więcej drużyn. Kolejny mecz (wiemy już o jaką stawkę)  polska reprezentacja rozegra w środę. O godzinie 12 (czasu polskiego, a więc o 18 miejscowego - będzie wiec trochę chłodniej) zmierzy się z gospodarzami - Tajlandią.

trening przed meczem Polska - Dania

 

wyraź swoją opinię jako pierwszy

Pewna Pani zapytała mnie, czy Polacy jadą grać w piłkę do Tajlandii tylko dlatego, że tam mają szanse wygrać, bo już w Europie nie dają rady. Oczywiście zaprzeczyłem. Niemniej chwilę później zastanowiłem się dlaczego tam gramy i co możemy podczas tego egzotycznego rajdu osiągnąć. 
Ale zanim o tym, to dwa zdania o samym Pucharze Króla Tajlandii – bo tak dokładnie nazywa się ta impreza. To w sumie turniej o długich tradycjach, bo rozgrywany jest rokrocznie od 1968 roku (choć i tu były przerwy bo Puchar nie odbył się w latach 1983, 1985 i 2008). Co roku zbierały się więc cztery, czasem bardzo egzotyczne zespoły. Jak choćby reprezentacja armii koreańskiej, armii chińskiej, czy amatorzy FC Liverpool lub U-20 Brazylii. Było też trochę bardziej znanych firm, jak choćby Szwecja, ZSRR, Finlandia czy Węgry. Niemniej Puchar pozostaje dalej imprezą mocno egzotyczną, która do rankingów światowych reprezentacji wiele nie wniesie. 
Co może mieć z tego Franz? A może mieć całkiem sporo. Zabierając ze sobą wyłącznie naszych ligowców ma szanse przyjrzeć się zawodnikom, którzy mogą stanowić trzon pierwszej reprezentacji na najbliższe lata lub też pożegnać się z niektórymi nazwiskami na dłuższy czas. Ta naturalna tajlandzka selekcja ma szanse wpłynąć na samych zawodników, dla których być może będzie to jedyna szansa pokazania się trenerowi w najbliższych miesiącach. Franz będzie miał też czas popracować ze swoim nowym sztabem (a jak wszyscy wiemy ten sztab miał wyglądać do niedawna trochę inaczej). 
Jeszcze gdy dodamy, że to wszystko się odbędzie na koszt króla Tajlandii mamy trochę królewskie wakacje ze szczyptą footballu. Ja tylko mamy nadzieję, że ta szczypta przybierze przede wszystkim biało-czerwone barwy.  

Korzystając z okazji już teraz szczególnie zapraszam na swój blog, na którym w najbliższych dniach znajdą Państwo najświeższe i widziane z bliska informacje i zdjęcia ze zgrupowania w Khorat.


Poniżej Puchar Króla 2010 w pigułce. 

Terminy meczów reprezentacji Polski w turnieju o Puchar Króla:

17 stycznia Polska - Dania; godz. 16.00 czasu lokalnego (godz. 10.00 czasu polskiego) 
20 stycznia Polska - Tajlandia; godz. 18.30 czasu lokalnego (godz. 12.30 czasu polskiego) 
23 stycznia Polska - Singapur; godz. 16.00 czasu lokalnego (godz. 10.00 czasu polskiego).

Skład reprezentacji Polski:

bramkarze: Mariusz Pawełek (Wisła Kraków), Sebastian Przyrowski (Polonia Warszawa); 
obrońcy: Tomasz Brzyski, Maciej Sadlok (obaj Ruch Chorzów), Piotr Brożek (Wisła Kraków), Kamil Glik (Piast Gliwce), Tomasz Jodłowiec (Polonia Warszawa); 
pomocnicy: Łukasz Mierzejewski (Cracovia Kraków), Janusz Gol, Jakub Tosik (obaj PGE GKS Bełchatów), Maciej Iwański (Legia Warszawa), Jacek Kiełb (Korona Kielce), Adam Matuszczyk (FC Koeln), Maciej Rybus (Legia Warszawa), Tomasz Bandrowski, Sławomir Peszko (obaj Lech Poznań); 
napastnicy: Patryk Małecki (Wisła Kraków), Dawid Nowak (PGE GKS Bełchatów), Marcin Robak (Widzew Łódź), Robert Lewandowski (Lech Poznań).


komentarze (2)

A piszę o pesymiście sportowym nie wierzącym w dokonania polskich sportowców. Ta tytułowa liczba 795 to liczba medali zdobytych przez Polaków na wszelkich międzynarodowych imprezach w 2009 roku. Wczoraj na Spotkaniu Noworocznym Rodziny Olimpijskiej przedstawił ją minister sportu Adam Giersz. Chyba się wszyscy domyślają, że na tym spotkaniu było wesoło, tzn. festiwal uścisków, dobrych słów, gratulacji i dyplomów. W końcu jest 795 powodów do radości, czyli średnio 2,17 radości dziennie. Jak podtrzymamy tę passę w 2010 roku to już do tej chwili powinniśmy cieszyć się już z ponad 15 medali. Cieszy się minister, cieszy się dyżurny krytyk Jan Tomaszewski, który rozmarzony mówi o 2010 roku „odnowę zacząłbym od ministra Giersza.” Tym razem prawdziwy polski kibic chyba nie powinien zgodzić się z panem Janem, bo skoro minister sportu jest gospodarzem wszystkich związków sportowych, a dzięki związkom sportowym zdobyliśmy 795 medali to jest naprawdę dobrze, a nawet pięknie. A jak jest pięknie, to wszystkim kibicom zadedykuję starą dobrą piosenkę Lecha Janerki, który śpiewa m.in.
„I pięknie jest. Nieskromnie bardzo jest. Kiedy mija, tak jak wszystko. Ta euforia kilkudniowa”. 


komentarze (3)

Choć za oknem mróz i sama Justyna Kowalczyk (póki co liderka Pucharu Świata i nasza główna nadzieja medalowa na Igrzyska w Vancouver) przyznaje, że łatwiej jej przebiec parę kilometrów niż jej kierowcy odpalić samochód - ja zastanowię się nad tym, co na pewno wpadło do głowy niejednemu kibicowi bynajmniej nie zimowego sportu. 
Na co czekam, jako kibic piłki nożnej w 2010 roku. Po długiej nocnej sylwestrowej rozmowie w gronie tych, którzy razem zasiadali ze mną na niejednym stadionie, doszliśmy do smutnego wniosku. NA NIC NIE CZEKAMY. W tym roku nie zostanie otwarty żaden wielki stadion na Euro 2012. Polska nie zagra żadnego meczu o wysoką stawkę. Nie będzie odliczania tygodni, dni, godzin do gwizdka sędziego, który rozpocznie mecz, na który wszyscy czekali. Znów będę, jak 20 lat temu dopingować na MŚ Kamerunowi, choć mój ulubiony Roger Milla już dawno nie gra. A na dodatek znowu w czerwcu usłyszę w telewizji „pocieszające”, że mamy polski akcent na MŚ bo „Sędzia główny meczu, kiedyś spędził miesiąc miodowy na polskim Batorym”, albo „Babcia żony szwagra napastnika np. Brazylii była kiedyś w Zakopanem i jadła oscypki”. I podobnie jak milion polskich kibiców wścieknę się po takim tekście i włączę komentarz radiowy. 
Ale kiedy już wszystko co złe na temat nowego piłkarskiego roku 2010 zostało powiedziane nagle zaświtała mała iskierka nadziei. Przypomniałem sobie pewną epokę filozoficzną i literacką – pozytywizm. W Polsce jednym z głównych hasał pozytywizmu była praca u podstaw wykonywana w mrocznym dla żyjącej w zaborach Polski XIX wieku. 
A więc i my skorzystajmy z doświadczeń i skoro mamy teraz czas: budujmy stadiony, szkolmy młodzież, budujmy reprezentację, pomagajmy jej a nie przeszkadzajmy. A ja skończymy pracę u podstaw wzorem naszych XIX wiecznych przodków może zawalczymy najpierw z rusyfikacją: Polska-Rosja 3:1 w półfinale ME 2012 a później w Finale z germanizacją – Polska-Niemcy 3 do 0. 
Myślę, że na taką myśl ucieszyłby się nawet Bolesław Chrobry. Ja przynajmniej ulegając tym wizjom, w pierwszą, noworoczną noc również byłem uśmiechnięty i tego uśmiechu i pozytywnych myśli oraz „wibracji” wszystkim w 2010 roku serdecznie życzę.


komentarze (5)

Trzy dni temu komentarz na blogu zamieścił pewien Krzysiek, który sfrustrowany tym, że mówimy tu głównie o piłce nożnej napisał, że nie zna drugiego tak zepsutego, brudnego sportu, którym rządzi pieniądz. 
Chciałbym się z nim nie zgodzić, ale jak mam napisać o Johnie Terry, kapitanie i legendzie Chelsea, który zarabia 160 000 funtów tygodniowo, a został złapany przez angielskich dziennikarzy, że dorabia na boku. Konkretnie za pieniądze: 5 000 – 10 000 funtów oprowadza po stadionie czy ośrodku Chelsea. Ciekawe po ile są autografy? Co można powiedzieć niemal o całej drużynie Tottenhamu (być może nowych kolegów Boruca), która baluje całą noc w Dublinie. Jak opisać zachowanie bramkarza Jensa Lehmanna, który w czasie meczu, na oczach kamer, sika za bramką. 
Skandali i skandalików w piłce nożnej jest mnóstwo począwszy od ręki Thierrego Henry po sprzedaż za 250 PLN meczu w 3 polskiej lidze. Skandalami żyje zresztą nie tylko piłkarski świat. Nawet sport dla gentlemanów – golf nie patrzy dziś na zielone pola, ale liczy kochanki Tigera Woddsa, których jest ponoć więcej niż dołków na jakimkolwiek polu golfowym. Skandalem staje się nawet to, że bohater Walii, rugbista Gareth Thomas mówi głośno – jestem homoseksualistą. A przecież to taki męski sport. Skoro taki męski, to jednak trzeba być mężczyzną, by głośno w tym gronie powiedzieć o sobie tak niepopularną prawdę. 
Ale sport to nie tylko skandale, brud i pieniądze. To również te emocje, za które kochają go setki milionów ludzi na całym świecie. A tak się składa, że większość z kibiców najbardziej kocha piłkę i na pewno nie za brud i zepsucie. Coś w tym Krzysiek musi być!
Aby jednak zmyć ten brud w morzu skandali, korupcji, nieuczciwości, jeszcze przed świętami stanę sobie na wyspie i zaśpiewam sobie „Always look on the bright side of life”. Ale tylko dziś. Od jutra śpiewam kolędy. 
A Wam wszystkim, życzę takich Świąt Bożego Narodzenia, jakich Wy sobie życzycie i o jakich marzycie. Gdy minie czas kolęd, może wspólnie na tym morzu znajdziemy wyspę, na której razem zaśpiewamy „Always look …”


komentarze (4)

Raczej niezauważenie przeszedł ostateczny wyrok w chyba najważniejszej sprawie sportowej w ostatnich latach. Maciej Żurawski, były reprezentant Polski przegrał toczący się od lat proces z Telekomunikacją Polską, Głównym Sponsorem Piłkarskiej Reprezentacji Polski. Proces dotyczył wykorzystania jego wizerunku przez TP. 
Dlaczego to takie ważne. A dlatego, że wizerunek reprezentantów w danej dyscyplinie, jest często najważniejszym, a w niektórych przypadkach niemal jedynym wartościowym dobrem sprzedawanym sponsorom przez związki sportowe. Gdyby związki sportowe byłyby pozbawione tego prawa czyli wykorzystania wizerunku sportowca (ale tylko jako reprezentanta kraju z przysłowiowym orzełkiem na piersi, a nie jako osoby prywatnej), znaczna część sponsorów by odeszła, a pozostali drastycznie obcieliby swoje fundusze. Wyrok więc z zadowoleniem przyjęły chyba wszystkie organizacje sportowe w Polsce. 
A teraz powstaje pytanie kto jest najbardziej zawiedziony. Żurawski, Kosowski (który również wytoczył podobny proces) - raczej nie. Dlaczego? Żurawski, nawet krótko po złożeniu pozwu twierdził, że jego ta sprawa nie interesuje, on się na prawie nie zna i znać nie chce i we wszystkim odsyłał do swojego managera Damiana Raciniewskiego. I to właśnie jest najbardziej przegrany człowiek tych blisko czteroletnich zmagań. 
O sprawie można by pisać długo, ale ja na koniec mam tylko takie pytanie, które pewnie pozostanie bez odpowiedzi. Czy za wszystkie koszta tej sprawy zapłaci Raciniewski, czy też niedoszły reformator polskiej piłki i ten kamyczek wrzuci do ogródka Żurawskiego. 


komentarze (8)

Nasza liga zapadła w sen zimowy, podobnie jak nasza reprezentacja, ale już znacznie wcześniej, nie mówiąc o zimowym śnie naszych zespołów w europejskich pucharach, które tradycyjnie zasypiają już na przełomie lata i jesieni. Mimo to w jesienne wieczory polska piłka nie próżnuje tylko ... debatuje. Debatuje nad tym jak jest, a jak być powinno, jak grać, a jak nie grać, jak szkolić, jak sponsorować itd., itp. Widziałem więc debatę w Przeglądzie Sportowym, gdzie wielkie nazwiska pisały wielkie teksty i budziło to z pewnością wielkie kontrowersje. Widziałem też debatę w Canal +, gdzie gości było wielu, ale i tak o wszystkim mówił jej organizator, o swoiskim nazwisku Bertrand Le Guern. Widziałem jeszcze inne rozmowy i debaty, aż wreszcie wczoraj zobaczyłem debatę w TVP, gdzie przemawiały znów osoby o wielkich nazwiskach i bardzo odległych datach urodzenia. 
To mnie zainspirowało, do tego, że jestem prawdopodobnie ostatnią osoba, która nie przeprowadziła debaty. Spędziłem więc natychmiast dzieci w dużym pokoju – Michał (l. 10), Maja i Milena (po 8 lat). Żona zbojkotowała obrady. Ale to dobrze. Dajmy głos najmłodszym. Nie będę opisywał długich i zażartych dyskusji, nagłych zwrotów akcji, ciętych ripost, długich konstruktywnych wywodów i wzajemnych uszczypliwości. Przejdę do wniosków. Według nas należy: poprawić szkolenie dzieci i młodzieży, zwiększyć nakłady na polską piłkę, budować boiska, zmienić mentalność piłkarzy, wprowadzić uczciwych, zawodowych sędziów, kluczowe stanowiska w PZPN obsadzać fachowcami, itd itp. (pełną listę postulatów nie damy jednak do UEFA ani FIFA. Zgodnie z w sumie słuszną sugestią dzieci, przekażemy ją Świętemu Mikołajowi)
P.S. I na koniec na specjalne życzenie Mai: lody z orzechami i bitą śmietaną dla wszystkich!!!


komentarze (10)

Werdykt UEFA juz znamy. Tak jak od początku było w planach Euro 2012 odbędzie się w czterech miastach polskich i czterech ukraińskich. Mecz otwarcia w Warszawie a finał w Kijowie. UEFA uwierzyła zapewnieniom ukraińskiego rządu i uznała, że kraj ten da sobie w pełni radę z organizacją Euro 2012. Przypomnijmy więc areny ME 2012: Warszawa, Gdańsk, Wrocław, Poznań, Kijów, Charków, Lwów i Donieck. Powiem szczerze, że werdykt UEFA mnie po pierwsze nie dziwi, a po drugie cieszy.

Nie dziwi, bo nigdy nie wierzyłem w to, że Polska otrzyma więcej miast niż Ukraina. No bo z jakiej racji: że mamy troche lepszą infrastrukturę, że jest więcej hoteli i mamy bardziej realne plany zbudowania stadionów. Jakby UEFA na to patrzyła to ME 2012 byłyby we Włoszech, Hiszpanii lub Niemczech. Poza tym pamietajmy, ze ojcem chrzestnym tej imprezy nie jest nasz rząd czy Michał Listkiewicz, ale Hryhorij Surkis, biznesmen, charyzmatyczny szef Ukrainskiej Federacji Pilkarskiej i bardzo wpływowy członek Komitetu Wykonawczego UEFA. Więc nasze wielomiesięczne spekulacje na temat w ilu miastach polskich a ilu ukraińskich i czy finał będzie w Warszawie to było normalne wróżenie z fusów. 

A cieszę się, bo sześć lata temu Polska myślała jak wspólnie z Ukrainą zrobić Euro i wtedy też ustalono jaki ma być podział meczów. I w obu krajach (a nie tylko w Polsce) są patrioci, którzy są dumni z tego, że to ich kraj organizuje Euro. Nie ma więc potrzeby wbijania szpili pomiędzy nas, a taką szpilą byłaby każda inna decyzja UEFA. Na szczęcie tak się nie stało. A teraz zamiast dywagować weźmy się do roboty bo do Euro 2012 zostalo 910 dni. 

komentarze (4)
sport , wpisów: 31

Jarosław Kończak

Z wykształcenia jestem dziennikarzem, politologiem (tu nawet udało mi się obronić doktorat i książkę...







więcej

newsletter

kalendarium